Świeżaki: a jednak!

Naklejki były, ale się zmyły. Dość przewidywalna pointa…

Mili, zapomniałam Wam powiedzieć, że Biedronka odpowiedziała na ostatni wpis z tjch.pl

Twierdzą, że wszystkie Świeżaki powoli docierają do właścicieli, więc i Wy się, zapewne, doczekacie. Niezwykły to cud, że rzeczywiście, niemal zaraz po publikacji dostałam sms-a z zaproszeniem po Sabinę.

Mnie tam rybka, bo w międzyczasie zgubiły się naklejki (w jednym miejscu leżały od listopada, a jak nadszedł dzień ostateczny, diabeł ogonem nakrył) i w końcu musiałam paskudztwo zamówić na Allegro (wciąż nie przyszło – fatum jakieś), ale dla Was jest nadzieja.

Poniżej pismo od Biedronki. Dawajcie znać, czy się wyrobią do końca marca, jak obiecują.

Jak sądzicie: ta groźba o wyciąganiu konsekwencji od pracowników, „którzy wprowadzili mnie w błąd” , to tylko ściema? NIGDY NIE UWIERZĘ, że pracownik tej szacownej instytucji wyskoczył przed orkiestrę tak dla jaj, żeby się zabawić. Tak samo, jak wcześniej inny domagał się jakiejś tam karty członka. Same śmieszko-orzeszki? Raczej ludzie, którzy ciężko pracują i robią to, co władza każe, by coś do gara wsadzić.

Pracowniku Biedronki, jeśli spróbują zrobić z Ciebie kozła ofiarnego, pisz. Zajmę się tym z przyjemnością.

Pozdrowienia.

 

Szanowna Pani Redaktor,

w nawiązaniu do publikacji „Biedronka – pamiętamy!”, wyjaśniamy, że na bieżąco przekazujemy klientom pluszaki zamówione w ramach akcji „Gang Świeżaków”. Wydawanie maskotek odbywa się na podstawie zamówień złożonych przez klientów do 4 grudnia 2016 r.

Przykro nam, że część osób nie otrzymała swoich pluszaków szybciej. Planujemy do końca tego miesiąca zawiadomić pozostałych klientów o możliwości odbioru świeżaka. Każda osoba jest informowana indywidualnie sms-owo lub telefonicznie o możliwym terminie odbioru.

Jednocześnie jest nam przykro, że przy poprzednich kontaktach z naszą firmą została Pani wprowadzona w błąd odnośnie zakładanego terminu dostarczenia pluszaka. Weryfikujemy wewnętrznie, dlaczego doszło do takiej sytuacji, by w przyszłości uniknąć tego typu sytuacji. Sprawdziliśmy również z Biurem Obsługi Klienta, że Pani numer znajduje się na liście osób, które zamierzamy w najbliższych dniach zaprosić po maskotkę.

Jednocześnie przekazujemy, że wszystkie osoby, które mają wątpliwości odnośnie realizacji swojego zamówienia dot. wybranego świeżaka lub nie otrzymają powiadomienia o odbiorze maskotki do końca marca, zapraszamy do bezpośredniego kontaktu z Biurem Obsługi Klienta (tel. 800 080 010 lub 22 205 33 00; e-mail: bok@biedronka.eu), które będzie mogło tę sprawę zweryfikować.

Pozdrawiamy,

Biuro Prasowe Jeronimo Martins Polska S.A.

(0)(0)

Biedronka – pamiętamy!

Charakterystyka Sabiny ze strony Biedronki. Jak dla mnie powinna się nazywać Ironia Losu czy jakoś tak..., za: http://gangswiezakow.biedronka.pl/poznaj-gangi.html
Charakterystyka Sabiny ze strony Biedronki. Jak dla mnie powinna się nazywać Ironia Losu czy jakoś tak… Wśród cech to ta cierpliwość zapewne kluczowa, za: http://gangswiezakow.biedronka.pl/poznaj-gangi.html

16 grudnia 2016 szacowna Biedronka przysłała mi zapewnienie, że do końca lutego 2017 dostanę zaproszenie po odbiór wybranego Świeżaka. Oczywiście, znowu ściema. I pomyśleć, że tak zwani mądrzejsi i praworządni obywatele wylali pomyje na mnie i moje dziecko, a nie na dyskont, który regularnie nie dotrzymuje słowa.

Pamiętacie tekst na tjch, o tym, że dzieci, w tym moja córka, nie dostały obiecanych maskotek za zbierane pieczołowicie hiperdrogie naklejki? Niezorientowanym: przypominam całość.

Materiał został przedrukowany przez duży serwis dla rodziców, więc była okazja, by wiele osób poznało mój pogląd w tej sprawie i dokonało niezależnej oceny. Oj, było warto to napisać i się jej poddać, bo to niezwykłe studium natury ludzkiej.

Zaskakująco niewiele osób oburzyło, że dyskont wykorzystuje dzieci do naciągania rodziców na zakupy.

Oczekiwanie, że dotrzyma chociaż słowa i wyda te cholerne Świeżaki, zgodnie z umową, której warunki ja dotrzymałam, wydając mnóstwo pieniędzy, spotkało się natomiast z falą agresji (pisownia oryginalna):

Użytkownik Milka1st: „Rodzice, wiecie co? puknijcie się w głowę ! cała ta histeria jest rozpętana nie przez Bierdonke, nawet nie przez wasze dzieci tylko przez was! Jesteście tak nieudolni wychowawczo , że nie potraficie wytłumaczyć dzieciakowi , że nie wszystko i nie zawsze dostanie? „

Konrad: „Chore to jest właśnie takie narzekanie. Akcja promocyjna zawsze jest ograniczona. Mieli zamówić miliony maskotek? I co z tymi, które by się zostały? Mieli je zacząć sprzedawać za 19zł? To wtedy by dopiero były narzekania, że dlaczego od razu nie sprzedawali itp. Kurczę nie da się co do sztuki zamówić nagród, a widocznie nie spodziewano się takiego zasięgu promocji. Poza tym to doskonale pokazuje, że rodzice rozpieszczają dzieciaki i nie potrafią im odmówić, ani wytłumaczyć że czegoś po prostu już nie ma i tyle”.

woj7777: „Jakim trzeba być frajerów żeby złapać się nastąpi marketing? A jakim trzeba być bezczelem żeby jeszcze mieć za swoje frajerstwo pretensje do całego świata? Współczuję…”

tableslaw: „Trzeba miec gluty w glowie zamiast mozgu zeby walczyc o te maskotki i jeszcze robic temu czemus reklame.

I tak dalej, i w tę mańkę.

Pamiętam, jak przeczytałam kiedyś artykuł psycholog Małgorzaty Skorupy, która wyjaśniała, że człowiek, paradoksalnie, obdarza większą życzliwością osoby, którym da się oszukać niż te, które sam skrzywdzi, by nie wyjść na idiotę lub drania. Oczywiście, ujęła to w bardziej cywilizowany sposób, ale takie było przesłanie. Ktoś cię opluje, to udajesz, że deszcz pada i szukasz jeszcze uzasadnienia dla opadów, bo dzięki temu jesteś mniejszym frajerem. ALE ŻEBY TAKI MECHANIZM I UCZUCIA URUCHAMIAŁA ZA PRZEPROSZENIEM SIECIÓWKA???

Drodzy Państwo,

  1. Nie ma nic złego w uczeniu dzieci systematyczności oraz zachęcaniu do jedzenia warzyw i owoców, a niby o to chodziło w akcji.
  2. Jest niedopuszczalne nie wydać nagród gwarantowanych – zapis, że można odebrać w dowolnym sklepie Świeżaka (to akurat Biedronka gwarantowała), gdy nie ma go w ŻADNYM, jest manipulacją i niegodziwością.
  3. Tak, przeczytałam uważnie regulamin i delikatnie rzecz biorąc to Biedronka nie dotrzymała umowy. Późniejsze działania (zapewnienia, że: na pewno, że wkrótce, że dla każdego, etc. – to najlepszy dowód).

Dziecko głupie i matka głupia, bo wierzy w jakieś promocje i nie rozumie, że płaci podatek od naiwności?

A gdyby tak Lotto oświadczyło, że nie wyda kasy wszystkim zwycięzcom, bo padło za dużo szóstek? Zapłaciliście tylko parę groszy (nie jak ja: setki złotych). No, trzeba się liczyć z tym, że gwarancja wygranej to chwyt marketingowy?

A gdyby tak tatuś zbierał kody z butelek do piwa na piękne kufle i potem ich nie dostał, bo nie?

A gdybyście zapłacili za coś w sklepie internetowym i nie przyszło, choćby prezent świąteczny? Ja za tę Śliwkę Robaczywkę zapłaciłam i to bardzo dużo. Serio, nie dociera?

Wierzyłam, że rzeczywiście Biedronka zachowa się przyzwoicie. Odpowiedzieli na apel, zapowiedzieli naprawienie krzywdy. Jednak już 16 grudnia zaczęłam mieć wątpliwości, gdy dostałam takiego sms-a (pisownia oryginalna):

„Drogi Kliencie, przekazujemy Ci rabat 10 zł na zakup zabawek, ubran dzieciecych i art. przemysłowych, aby umilić czas oczekiwania na Swiezaki. Do końca lutego 2017 zaprosimy Cie po ich odbior SMS-em. Przy zakupach podaj kod rabatu kasjerowi: 9991745152363. Rabat wazny 17.12-31.12. Reg. w sklepie”.

Serio, Droga Biedronko? Wierzyliście, że was jeszcze kiedykolwiek odwiedzę? Że dam się naciągnąć na kolejne zakupy, tym razem z rabatem? 10 zł zniżki dla ludzi, którzy niejednokrotnie zostawili u was ponad 2000 zł i nie doczekali maskotki wartej pewnie kilkanaście złotych? A może to ja jestem naiwna i jednak wrócili, a wy cynicznie uznaliście, że sprawa przycichła i już nie musicie wydać obiecanych maskotek? Wstyd, po prostu wstyd. Jest marzec, gdyby ktoś nie zauważył. Śliwki, a nawet sms-a – brak.

Jest jednak dobra wiadomość. W Biedronce nowa fantastyczna oferta dla nieletnich kolekcjonerów. Czas na Zwierzaki! Powodzenia!

 

 

 

(3)(0)

Pan A na walentynki

Na pierwszy rzut oka widać, że do siebie pasują. Jakieś wątpliwości? Rys. Dorota Dolecka
Na pierwszy rzut oka widać, że do siebie pasują. Jakieś wątpliwości? Rys. Nikt

Zasadniczo kiepska raczej jestem w romantyczności. A już z pewnością nie uzewnętrzniam jej pisarsko. Nadchodzą jednak walentynki, które bardzo popieram, bo każdy powód jest dobry, by ludzie byli dla siebie milsi. I urzekła mnie ta historia. Bardzo kochankom kibicuję. Zatem: jak chcecie, posłuchajcie.

Pewna moja znajoma się zakochała. Niby nic nadzwyczajnego, w końcu miliony ludzi na świecie, itd,. itp., a jednak… Znajoma jest po przejściach, w wieku zdecydowanie mocno dojrzałym, no takim, że się przestaje wierzyć w miłość prawdziwą. Zwłaszcza znajoma nie jest w tym dobra.

W latach 80. ubiegłego wieku czy jakoś tak znajoma była bardzo zakochana. Wieczne motyle w brzuchu, porozumienie ciał i dusz, jak w kinie. A potem Wiarołomny umarł (albo się ożenił, wyjechał na studia, uznał, że woli blondynki: coś w tym guście). Znajoma zapadła się w nicość na długi, długi czas. Oczy wypłakała tak, że myślała, że jej kanaliki łzowe powypadały na zawsze. Wstała, oczywiście, silniejsza.

Tak, wiem, znacie takie historie, pełno ich, ale przyda się trochę zaufania: warto sprawdzić, co było dalej.

Wiadomo, dziewczyna, proszę pana, nie może iść przez całe życie sama. Znajoma wydała się za mąż. Po rozwodzie była w wieloletnim związku. Jakieś tam romanse, flirty z konsumpcją i bez. Z 10 lat tęskniła za Wiarołomnym. Potem porzuciła nadzieję, ale, generalnie, była szczęśliwa. Prawdziwa miłość trafia się pewnie raz, ale przecież w każdym człowieku można znaleźć coś pozytywnego (znajoma jest w tym dobra), więc te związki, na jakiś czas, stanowiły jednak wartość dodaną. Lepiej z kimś niż solo. Nie wyszło? Już nikt się łzami nie zalewał i nie rwał szat…

Aż tu nagle grom z jasnego nieba, piorun sycylijski, trzęsienie ziemi.

Pan A.

W sieci, na przystanku, u znajomych, obcych czy w pracy. Nieważne gdzie. Spotkali się.

Znajoma na pierwszej randce zrozumiała, że jest u celu. Każdy kolejny dzień umacnia ją w tym przekonaniu.

Pan A, według znajomej:

Jest szczodry. To piękna i zanikająca ludzka cecha, więc właściwie wystarczyłaby za wszystkie inne.

Jest dzieciocentryczny: dba o dzieci własne, cudze, potencjalne. Lubi je, traktuje serio i wie, jak ciężko je wychować, więc niekoniecznie marzy o następnych, żeby się odmłodzić.

Nie leci na małolaty. Każdy leci, tylko nie każdy może? Chyba nie. Pan A wykonuje zawód, który otwiera dziewczęce serca i sypialnie (media), a jednak nie wydaje się zainteresowany. Dlaczego? „Spróbuj ze smarkulą program informacyjny obejrzeć, albo popłakać przy tekstach Osieckiej” – mawia pan A i trudno się z nim nie zgodzić.

Jest po przejściach, z których stara się wyciągać wnioski. Ma więc dystans, cierpliwość, zdolność przepraszania i wybaczania… A nie nauczył się cynizmu.

Jest megaromantyczny. Bardzo dojrzała znajoma jest jego muzą, opiewaną w wierszach, filmach i piosenkach. Zasypywana kwiatami i pocałunkami. A patrzy na nią tak, że nastoletnia córka ma odruch wymiotny.

Warto nadmienić, że w obecności dzieci tylko patrzy, bo jest niedzisiejszym dżentelmenem, szanującym dziecięce uczucia.

Zarazem: ma poczucie humoru i dystans do siebie, a bez tego niewiele można zbudować.

Ładnie pachnie, wyznaje etos pracy, dobrze się ubiera, umie prać i gotować, jest nastawiony na przekaz pozytywny…

Jest odważny. Gdy przeczytał mój felieton o Panu Namiocie i Sknerze, ponoć bardzo był ciekaw, co powiedziałbym o nim…

Kurde, będzie tego…

Nie wiem, jak to powiedzieć znajomej, ale z boku to nie wygląda tak różowo. Tak, wiem, walentynki, itd., itp., ale:

Szczodrość mieszka w jednym domu z rozrzutnością. Romantyczność łatwo oskarżyć o teatralność.  Pracowitość i opieka nad dziećmi? Spokojnie, można w tym czasie zmieścić drugą rodzinę i ze trzy małolaty, ale znajoma tego nie kontroluje, bo grunt to zaufanie.

Przekaz pozytywny? Oni bez przerwy się rzucają. No, tacy namiętni są.

I on wtedy mówi: „A mieliśmy mieć fajny urlop!”, „A mieliśmy jechać na fantastyczną wycieczkę”, itp. I, oczywiście, nie jadą, nie idą, nie próbują PRZEZ NIĄ. Tymczasem ja rozumiem przekaz pozytywny mniej więcej w ten sposób: „Wiem, że źle między nami się dzieje, ale naprawimy to, bo się kochamy. Jedźmy na ten urlop, odpocznijmy, pokażmy sobie, jak nam zależy i potem pomyślimy, co dalej”. To by znajomej zostawiało przestrzeń na przemyślenie sprawy. Nie było kategoryczne. Kategoryczne negatywnie.

Ale co ja tam wiem… Zwłaszcza, że wszystkiemu winna jest ta druga. Tak, w pewnym wieku zawsze jest ta druga: sformalizowana lub nie, niby posprzątana, a jednak…

Znajoma nigdy się do tego nie przyzna, ale jest zazdrosna. Ja w każdym razie bym była.

Ze znajomą Pan A widuje się 2 razy w tygodniu (jak dobrze pójdzie). Z byłą (przepraszam: z dzieckiem) nawet 5 razy.

Do byłej Pan A ma klucze. U byłej sprząta i gotuje. Oczywiście dziecku. Dla mnie taka była nie jest była.

Znajoma rzadko o coś prosi. Jak już prosi, jest przygotowana na odmowę, a Pan A nie ma problemu z odmawianiem. Znajomej. Nawet w poważnej sytuacji życiowej.

A co, gdy byłej (przepraszam: dziecku) złamie się paznokieć? Pan A pędzi na złamanie karku.

Są wciąż te dowody miłości niezaprzeczalnej: piękne zdjęcia, ballady, kwiatki i czekoladki… Bałabym się, że on woli stworzony obraz mnie niż mnie, ale co ja tam wiem…

Pan A mieszka sam i bardzo mu to odpowiada. Czasem jest wzywany do byłej. Czasem odwiedza (lub przyjmuje) moją znajomą. I nie pozostawia złudzeń, że taki układ odpowiada mu najbardziej. A komu by nie odpowiadał? A co to za sztuka w takich okolicznościach być ideałem?

Trudno się dziwić Panu A, że nadyma się niczym balon, gdy dwie łanie o niego zabiegają. Od kiedy jest z moją znajomą, często zauważa kobiece zainteresowanie, a starania byłej też przyjemnie łechcą, zwłaszcza, że traktowała go kiedyś parszywie. Szkoda, że nie ogarnia, iż nie w nim zaszła zmiana. Że zmianą jest moja znajoma. A może warto wrócić do byłej? W końcu jest dziecko, a pan dzieciocentryczny…

Oj, to nie tak. Była nie potrzebuje pana A jako życiowego towarzysza. Lepiej sprawdza się jej w roli niańka, sprzątacza, kucharza, który po pracy u byłej jest odprawiany do siebie. I jeszcze alimenty płaci.

Wiadomo, że żadna normalna kobieta na dłuższą metę nie zgodzi się na taki układ (nawet zakochana moja znajoma). Pan A będzie musiał dokonać wyboru. Gdy znajoma w ogóle sygnalizuje: Houston, mamy problem, okazuje się, że napiera, że związek taki świeży, że Pan A się dusi, że taki jest pokaleczony, że nie chce znowu cierpieć… Była nie musi się wysilać. Przecież nie robi tego dla byłej… Nietrudno zgadnąć, kto wygra. A gdy zabraknie znajomej, znowu pokaże się Panu A miejsce w szeregu. Ot, takie babskie gierki.

Ech, tak ładnie razem wyglądają. Ech, myślę, że znajoma ma rację: są dla siebie stworzeni, tylko trzeba w to uwierzyć. Ech, dać czas czasowi. Nie zgubić najważniejszego.

Problem w tym, że teraz wszystko w rękach Pana A. Tymczasem mężczyźni chętnie hamletyzują, a tu trzeba mieć przede wszystkim jaja.

 

(6)(0)

Naród Pępków Świata

Może nie do końca a propos, ale tak mi się skojarzyło ponuro...
Może nie do końca a propos, ale tak mi się skojarzyło ponuro…
fot. Kevin, https://www.flickr.com/photos/kevin53/, (CC BY 2.0)

Macie czasem wrażenie, że z każdym dniem przybywa dzieci, które są przekonane (a przede wszystkim: usilnie przekonywane przez najbliższe otoczenie), że pozostali obywatele i obywatelki  służą wyłącznie do ich obsługi i rozrywki?

Nieraz wyobrażam sobie przyszłość, a w niej 38 milionów zawiedzionych Polaków, którzy nagle odkryli, że glob nie kręci się jednak wokół nich. Potem ogarniam szybko, że to nierealne zagrożenie. Jakie 38 milionów? Społeczne Kaleki nie będą w końcu zdolne do rozrodu i wyginiemy. Może je też powalić niewielka awaria ogrzewania lub Internetu. A nawet zaprzestanie produkcji obuwia na rzepy.

Moja dziesięcioletnia córka je obiady w szkole.

Wyprowadza psa.

Robi niewielkie zakupy.

Pakuje naczynia do zmywarki.

Naprawia sprzęty elektroniczne, ściąga programy (jest w tym najlepsza w rodzinie).

Sama się myje, ubiera, pakuje na wyjazdy.

Czasem jedzie autobusem z koleżanką do biblioteki (tak, czyta ze zrozumieniem).

Od kilku lat wyjeżdża na obozy taneczne.

Je winogrona, ryby, używa sztućców.

Samodzielnie odrabia lekcje (jeśli nie, ponosi konsekwencje).

Moja szesnastoletnia córka robi powyższe (aczkolwiek czasem niechętnie), a także:

Piecze i gotuje (ja nie umiem).

Wynosi śmieci.

Sprząta w swoim pokoju bez wsparcia i nacisku.

Dojeżdża do szkoły komunikacją miejską.

Uruchamia zmywarkę.

Nieraz wraca późno do domu, a bywa, że nocuje poza nim.

Jestem matką wyrodną.

Nie karmię, nie niańczę, usamodzielniam, jestem dumna.

Pracuję, wychodzę, wyjeżdżam. Bywam tylko pod telefonem.

Mam swoje życie, przyjaciół, plany.

Nie zachwycam się każdym bazgrołem, wypracowaniem, wykonem, nagraniem, puszczonym bąkiem.

Czasem bywam zła, nawet bardzo. I smutna bezgranicznie. Ludzka. Słaba.

Oczywiście:

Znam imiona wszystkich ważniejszych znajomych moich dzieci.

Szanuję ich zdanie, pasje, staram się je dzielić, kiedy się da.

Rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy.

Pozwalam się krytykować.

Z wdzięcznością przyjmuję ich wsparcie.

Wierzę, że świeże spojrzenie czasem więcej warte niż doświadczenie.

Trzymam kciuki na występach.

Wspieram, ale nie wyręczam. Więc: jestem wyrodna.

Prawdziwa dobra matka gotuje.

Nie pozwala chodzić na basen („bo nereczki wysiądą”).

Nie puszcza na zieloną szkołę („ona się beze mnie zapłacze”).

Nie wyraża zgody na korzystanie ze szkolnego lodowiska („ktoś go popchnie”).

Kroi winogrona nawet na studniówce („co miesiąc z powodu zadławienia winogronem umiera człowiek”).

Odwozi do szkoły samochodem – odcinek do pokonania to jakieś 150 m, ale : „wiesz, jak dzisiaj wiało, lało, świeciło, grzało, sypało, było?” (niepotrzebne skreślić).

Dokarmia śmieciowym jedzeniem („wcale nie jest za gruba. Ludzie są tacy wredni”).

Wydaje ostatni grosz na najnowszy model telefonu jakiegośtamcotrzebamieć („inne dzieci mają, Jaś nie jest gorszy”).

Pozostałe grosze na gadżety, bzdety, ciuchy firmowe (tak, w podstawówce!).

Potwierdza, że nauczyciel to kretyn i szósteczka się należy.

Nosi tornister (fakt, ciężki).

Załatwiła zwolnienie z wf-u.

Wspiera w oglądaniu serialu „Szkoła” i „Najgorszy dzień w życiu” (czy jakoś tak).

Ubiera swoją kukiełkę i żąda zdjęcia napisu przy wejściu do szkolnej szatni: „Mamo, tato: dalej idę sam”. Bo niby, kurde, dlaczego???

Wie, że to nie Jaś zaczął, klął, pluł, obrażał, poniżał… Przecież Jaś do 10 nie umie zliczyć, chociaż taki jest zdolny, tylko wrażliwy…

Poznałam nauczycielkę nauczania początkowego. Nie mam, umówmy się, najlepszego zdania o tej grupie zawodowej generalnie, ale właściwie tak mogę powiedzieć o każdej innej. I wszędzie są wyjątki, a ta jest z powołania. Ceniona, miła, realizuje się zawodowo. Nie została nauczycielką, bo wszystkie inne fajne miejsca były zajęte. Nie rozumie, dlaczego nauczyciele nie przechodzą testów psychologicznych przed dopuszczeniem do dzieci. Jej zdaniem wielu by ich nie zdało…

„W klasie mam 25 uczniów. Przygotowując ocenę półroczną 20 musiałam napisać, że są niewystarczająco samodzielni”.

Problemy z ubieraniem, koncentracją, wykonywaniem najprostszych poleceń, notowaniem, porządkiem na ławce, znajdowaniem właściwej sali, rzeczy w torbie, butów, etc.

To fajne dzieci. Z nimi można dojść do porozumienia i w końcu nadrabiają w większości. Jak rodzice nie przeszkodzą.

A zwykle przeszkadzają. Duszą pod kloszami. Ślą petycje do kuratorium, że się nauczyciel czepia i nie pozwala za Pępki lekcji odrabiać.

Co robią z informacją, że dziecko jest niewystarczająco samodzielne? Wyręczają jeszcze bardziej. Uczą się za nie. Do zabawy wciągają jeszcze dziadków, czasem niańkę. I okazuje się: nadal się nie da.

A co z tą piątką samodzielną? Samodzielna za bardzo… Rozbrykana. Pyskata. Często niedopilnowana. Niestety, nie ma już dzieci takich w sam raz. Grupka dominatorów, zdanych wyłącznie na siebie (lub o tym przekonanych) z zapracowanymi rodzicami i Pępki Świata.

Tak, w tej piątce są moje dzieci. Przedobrzyłam niewątpliwie…

Zastanawiam się czy to tylko zjawisko typowe dla dużych miast, czy jednak ogólnopolskie. Wydaje mi się, że tzw. prowincja (z której jestem) jakby normalniejsza jednak. Może to dlatego Słoiki wciąż w walce o rynek pracy miażdżą rodowitych warszawiaków. Ambitni, samodzielni, otwarci, przebojowi, gotowi pracować za kiepskie stawki, byle się załapać, czegoś nauczyć, złapać kontakt…

Czyli jest nadzieja? Podobno dzieci XXI wieku z małych miejscowości i wsi są mniej odporne na stres. Zderzenie z wielkim światem?

Cholera, jednak wyginiemy.

 

 

 

(8)(0)

Gang świeżaków atakuje, czyli jak „moja” Biedronka rujnuje mi życie rodzinne

Nie chcę Waszej karty, mili państwo. Santaż nie pomaga w relacji
Nie chcę Waszej karty, mili państwo. Szantaż nie pomaga w relacji

Daliście się wkręcić w zbieranie świeżaków, takich paskudnych maskotek za bimbaliony? Ja w zasadzie nie, ale mam dziecko, więc teraz mam kłopot. Solidny

Jeszcze rano wierzyłam, że może nie, że Śliwka Sabina zamieszka z moją rodziną i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Niestety, okazuje się, że każda sieciówka musi mieć w końcu swoją własną aferę promocyjną. Ta biedronkowa brzydzi mnie wyjątkowo, bo wykorzystała dzieci i pozornie szczytny cel: promocję jedzenia warzyw i owoców.

Nie będę ukrywać: Biedronka nigdy nie była i nie będzie „moją”. Nie robię tam zakupów zasadniczo, chociaż dwa sklepy mam prawie pod nosem. Leming? Nowobogacka? Nic z tych rzeczy. Z jednej strony: zaganiana matka Polka, bez chwili wytchnienia. Z drugiej: osoba, której ciągle zdarza się kupować rzeczy niepotrzebne (a nie stać mnie na to) i wściekać, gdy czegoś naprawdę potrzebnego „akurat nie ma” (a to w Biedronce moja codzienność). Więc: robię zakupy przez internet. Precyzyjna lista. Bez targania, narzekania. Towar dobrej jakości, panowie mili. Płacę za transport, a i tak wydaję mniej niż w normalnym sklepie. Taki cud….

Ale do rzeczy.

Przez długi czas wierzyłam, że te całe biedronkowe świeżaki, znane mi z reklam, się nie przyjmą. No niezbyt urodziwe są i to jakiś absurd, żeby w Biedronce wydać w krótkim czasie prawie 2,500 zł (40 zł za jedną naklejkę, 60 naklejek za świeżaka). Niby potem przeczytałam, że jak się ma kartę lojalnościową, punkty liczone są podwójnie, a dodatkowe można też dostać np. za zakup owoców i warzyw, ale mimo wszystko… Kupa kasy. I wszystko za pluszaka wartego pewnie jakieś 15 zł w hurcie, a może nawet mniej…

Tymczasem moja córka dowiedziała się, że dzieci u niej w szkole chorują na świeżaka. I się zaraziła. Zapragnęła Śliwki Sabiny, niczym kania dżdżu. I zaczęliśmy zbierać.

Wszyscy.

Przyjaciele, rodzina, sąsiedzi, bezdzietni znajomi. Zgodnie z regulaminem.

Zrobiłam zapas kostek do zmywarki, proszku do prania czy innego odświeżacza do toalety, co najmniej na rok.

Ba, doceniłam sensowność promocji. Bo SIĘ PRZEKONAŁAM, że sporo rzeczy z biedry jest całkiem, całkiem: orzeszki w karmelu, kokos, jeden żel do mycia, miód, mleko, szynka… Pomyślałam, ze może nie na co dzień, ale od czasu do czasu mogę w Biedronce kupić to i owo…

A potem, tuż przed odbiorem świeżaków, zorientowałam się, że w pudle ze świeżakami są tylko pomidory (ponoć najbrzydsze, dzieci tak mówią: jak zauważają różnicę, nie ogarniam). To na ostatnie zakupy poszłam do tej drugiej Biedronki w okolicy, żeby od razu Sabinkę odebrać. Tam po świeżakach nie było już nawet smrodu.

Niezrażona: poprosiłam znajomych, by u siebie w okolicy sprawdzili sytuację. Białołęka w końcu dzieciaków pełna, więc pewnie sprawa wyjątkowa… Raporty z Żoliborza, Sadyby, Jastrzębia, Bielska, Grójca, etc, etc. – nie nastrajały optymistycznie. Gang Świeżaków wyparował.

Wczytałam się w regulamin. niby napisali, że w każdym sklepie nie musi być każdy świeżak dostępny. Ale ludzie, trochę rozumu trzeba mieć. Nie będę jeździć po kraju za Śliwką, nie? Może by tak jakiś punkt odbioru, bazę informacyjną, etc. Ponieważ na stronie www.biedronka.pl nie było żadnych ciekawych danych, napisałam 14 listopada na wskazany adres kontaktowy: „mojabiedronka” <mojabiedronka@biedronka.eu>, do wiadomości biura prasowego.

Odpowiedzieli szybko, przyznaję. Nawet w nich uwierzyłam.

Na trochę.

Najpierw napisali, żeby uzbroić się w cierpliwość i że odpowiedzą precyzyjnie ok. godz. 17.00

Ok. 17.00, że następnego dnia raczej, ale żeby podać telefon, to wyjaśnią wcześniej. Telefon dałam, nie wyjaśnili. Może dlatego, że jednak prosiłam o konkrety na piśmie.

Wreszcie przyszły:

Stanowisko Jeronimo Martins Polska S.A. ws. dostępności maskotek Gang Świeżaków

Szanowni Państwo,

akcja „Gang Świeżaków” od samego początku cieszy się olbrzymim zainteresowaniem naszych klientów. W efekcie, mimo zapewnienia dużego zapasu maskotek, może zdarzyć się tak, że w niektórych naszych sklepach wyczerpała się ich dostępna pula.

Niezależnie od tego, że w regulaminie zastrzegliśmy możliwość braku dostępności maskotek w danej placówce, jesteśmy jednocześnie świadomi niesłabnącej popularności naszej akcji i dalszego zainteresowania klientów wzięciem w niej udziału. Chcąc zapewnić wszystkim zainteresowanym możliwość skorzystania z akcji „Gang Świeżaków”, już zaplanowaliśmy dodatkowe dostawy pluszaków do naszych sklepów. Klientów, którym będzie przysługiwał odbiór maskotek, zapraszamy do kontaktu z pracownikami naszych sklepów w celu uzgodnienia odbioru wybranej maskotki, jak tylko będzie ona dostępna.

Dodatkowe informacje:
O szczegółach dotyczących zasad odbioru Świeżaków z dodatkowej puli będziemy informować naszych klientów bezpośrednio w sklepach lub za pośrednictwem strony internetowej www.biedronka.pl. Jednocześnie prosimy osoby zainteresowane odebraniem maskotki w ramach akcji „Gang Świeżaków” o zachowanie kart kolekcjonerskich.

Pozdrawiamy,

Biuro Prasowe Jeronimo Martins Polska S.A.”

Pointa wydawała się smutna, wbrew przewidywaniom.

W Biedronce na warszawskiej Białołęce poinformowano córkę, która tam zaraz pobiegła, że na listę oczekujących na Świeżaka, BEZ GWARANCJI otrzymania, mogą się zapisać tylko ci, co zarejestrują kartę MOJA BIEDRONKA. Małej wlepiono kartę do rejestracji i zapowiedziano, że dopiero potem możemy pogadać o teoretycznej możliwości…

Uznałam, że to niczym nieuzasadniony szantaż i wiele wskazuje na to, że słusznie (chociaż naprawdę trudno uwierzyć, że pracownicy dyskontu sami na to wpadli…). Kolejny mail z biura prasowego, z 18. listopada:

„Przytoczone w artykule informacje, tj. cyt. „na listę oczekujących na Świeżaka (…) mogą się zapisać tylko ci, co zarejestrują kartę Moja Biedronka” nie pokrywają się z faktami. Od początku akcji „Gang Świeżaków” posiadanie karty „Moja Biedronka na co dzień” było dobrowolne. Także teraz klienci zainteresowani skorzystaniem z akcji i odebraniem maskotki nie muszą posiadać wspomnianej karty. Zwracamy się o pilną korektę tego fragmentu tekstu.

Jednocześnie zachęcamy klientów, którym przysługuje odbiór maskotki, do zgłaszania takiej chęci za pomocą naszego Biura Obsługi Klienta pod numerem telefonu 22 20 53 400.”.

Sprawdziłam ten numer. Działa. W sensie: przyjęto ode mnie zgłoszenie. Trochę to potrwało (telefony się urywają), ale lepiej poczekać kwadrans na infolinii niż zasuwać do sklepu (padało). Nikt nie wymagał ani danych osobowych, ani numeru karty. Wręcz przeciwnie: zapewniła, że to nieporozumienie, bo do odbioru potrzebna jest tylko karta kolekcjonera z naklejkami. Grzecznie i precyzyjnie. Informację, że Sabina czeka w sklepie, dostanę sms-em.

No to czekamy 🙂

 

 

(8)(4)

Wypad, Dziewczyny, no jazda!

Możecie mi, Panowie (i Panie)... Sami rozumiecie
Możecie mi, Panowie (i Panie)… Sami rozumiecie

Czy będę strajkować w poniedziałek? Jasne, każdy powód, by się trochę poopierdalać, jest dobry. Już takie, my, kobiety, leniwe jesteśmy. Z natury

 

A gdy przyszło nam urodzić się dziewczyną
Skaleczoną, jak ta czajka, przez mężczyznę
Kupmy sobie dobre, stare, mocne wino
I śpiewajmy, nie zmieniając serca w bliznę.

Przepraszam, że żyję
Przepraszam, że tyję
Przepraszam, że piję…*

Przy całym szacunku, Pani Agnieszko Kochana, ale gówno prawda.

Nie piję, bo mi lekarz zabronił. Nie tyję, bo mam znakomitą przemianę materii. Żyję w Domu Wariatów. Niech mnie Dom przeprosi… Albo pocałuje w… Już nie przepraszam.

Ciągle ktoś mnie pyta, co o tym „wszystkim” myślę (dziwne, bo pytają o jedno), a ja myślę niewiele. Jak to baba, nie?

Ale nie da się ostatnio uciec od tematu czarnych. Czarni rządzą. Czwartek jest czarny. Słuszni są czarni. Czarne są myśli. Czerń jest słuszna. Czerń się nosi. I trzeba protestować w obronie. Czego, kurwa, ja się pytam? Czarnej Madonny, może?

Mam dwie córki. Mądre śliczne. Głównie moje. Tak się ułożyło. Przyszły na świat w Pomrocznej. Taka karma.

Serio, wierzyłam, że to nie ma większego znaczenia.

Obywatelki Europy.

Panie Swojego Losu.

Przyszłość Narodu.

Dojdą, gdzie zechcą…

Zaściankowe brudy Ciemnogrodu nie miały ich oblepić. Dosięgnąć. A jednak.

Rzecz w tym, że to się dzieje cały czas, a my o tym nie myślimy.

Od urodzenia karmię je patriotyzmem. Mówię, że fakt, Polska to dziwny kraj, ale najwspanialszy. Dla mnie. Mam jakąś tam skalę porównawczą, to wiem. Tu klimat za suchy, tam za mokro, siam: uciekli od wolności… Polska jest super, cool, odjazd, szał…

Dość tych bzdur. W Polsce nie uciekniesz od Ciemnogrodu. Od lat nikt nie próbuje.

03 października wszystkie Polki mają strajkować w obronie swoich praw. Wziąć przykład z kobiet islandzkich i wymusić zachowanie „kompromisu aborcyjnego”.

Przecież to głupie.

Polki się nie zjednoczą.

Nikt nie zauważy protestu garstki.

A jeśli nawet, to czego będziemy bronić? FIKCJI?

W Polsce brzuch obywatelki od dawna należy do proboszcza.

W Polsce od lat legalna aborcja jest niemal niewykonalna.

W Polsce każdego dnia łamie się prawa kobiet.

Niby jeszcze w ogóle jest opieka medyczna. Niby ginekolog nie jest reglamentowany. Niby jeszcze nie zamykają w więzieniu za in vitro, grzebanie wieszakiem, cudzołóstwo, grzeszne myśli… Niby to ma być powód do zadowolenia w XXI wieku?

I trudno mi powiedzieć czy pisowskie szaleństwo nie jest jakimś sposobem na przebudzenie. Mniej hipokryzji. Idą po bandzie, ale przynajmniej zgodnie ze swoimi przekonaniami.W każdym razie teoretycznie. To poglądy oficjalne dla „prostego ludu” i tego się trzymają. Bo gdyby tak ich córka, żona, matka… No, wiadomo.

A lewaki? Przypomnę nieśmiało, że to spaprane prawo, z którego dziś już realnie nic nie wynika (dla biedoty głównie, rzecz jasna, bogate zawsze jakoś sobie poradzą), to ich wielkie dzieło. Tego bronić? Toż to już zwycięstwo czarnych oszołomów.

Obrońcy praw kobiet walczą o utrzymanie ustawy, która wrzuca nas do jednego wora z najbardziej zacofanymi krajami na świecie. Do Piekieł Kobiet (więcej na ten temat: www.womenonweb.org )

Paranoja, co?

Moja starsza córka planuje wyjechać na studia z Polski. Młodsza jeszcze o tym nie myśli.

Mam nadzieję, że pomyśli.

Dziewczyny, zwiewajcie, nim zabiorą paszporty. Nie odwracajcie się. Nie myślcie, jak służyć ojczyźnie. Ona nie zasłużyła na Was.

Obywatelki, Rodaczki: Przebudźcie się! Czas na zmiany! Tak sobie żartuję 🙁

*Agnieszka Osiecka, „Przepraszam, że żyję”

(2)(0)

Nie przepiję 500+, bo nie ma kasy?

kasaKochane Lemingi, powiem Wam w tajemnicy: nie odzyskacie szybko władzy. Buta, arogancja, pogarda czy skłonność do manipulacji, nie pomagają odbudować społecznego zaufania. A Wy tym wszystkim kipicie. Niestety

Boję się PiS-u bardziej niż trądu, rzeżączki, cieków wodnych, Państwa Islamskiego czy ognia piekielnego. Wszystkie bowiem te zagrożenia są albo daleko, albo urojone. PiS jest realny. Naciera. A nawet jak nie naciera, to ludzi zabija paranoja, co ONI mogą zrobić.

Właśnie dlatego tak jestem wściekła na Elity Upadłe, że się nie podniosą. Nie wyciągają wniosków. Nie ma w nich odrobiny pokory czy choćby prostego sprytu.

Narracja niepisowskich mediów poraża głupotą. Jest tyle fajnych rzeczy do krytykowania, a wciąż uderza się w prostego człowieka (nie mylić, kurwa, z prostakiem).

Skutki 500+, poza oczywistym, czyli powszechnym alkoholizmem w kraju, gdzie dotychczas panowała powszechna abstynencja, według „elit”, to uważajcie:

  1. Ludzie kupują samochody
  2. Ludzie nie zbierają truskawek

Serio, serio, w XXI wieku, w Europie, auto za tysiaka czy nawet dwa, ewentualnie na raty, to taki luksus? Rzeczywiście powinno oburzać, że rodziny, które dorobiły się dwójki dzieci (co najmniej) chcą przemieszczać się samochodem? Jak dla mnie to super, że wreszcie będą mogły sobie na to pozwolić i lepiej ogarniać codzienność. Przy dzieciakach jest tyle obowiązków ekstra… Wstyd, że dopiero teraz, a nie za świetlanych czasów „zielonej wyspy”…

Truskawki? Inna zarąbista robota za tysiaka? Ponoć to skandal, że „biedota mówi: wolę sobie dzieciaka zrobić”, albo po prostu z gotowym na plac zabaw pójść. Osobiście popieram nieśmiało. E tam: śmiało! Od lat oburza mnie, gdy słyszę pańcię, która na tipsy i poprawę cycków gotowa jest wydać więcej niż na pracownika przez rok, że ludziom się robić nie chce. Fakt, ona się napoci przy samym pilnowaniu „tych leni”, ale to jakoś wzruszyć mnie nie chce…

Oczywiście, pracownika zatrudnionego na czarno, bo te podatki to kolejny koszmar bogatych. A wiecie, że nasze podatki są skandalicznie niskie w porównaniu do wielu cywilizowanych krajów? Lewiatan i reszta nie wie… Czuje natomiast porządny przedsiębiorca, że teraz ci bez dzieci zapłacą więcej. Niesprawiedliwe? Sprawiedliwie nie znaczy równo. Dziecko kosztuje. Dużo. A pracować będzie także na emerytury bezdzietnych…

Pracownik, który musi utrzymywać rodzinę, przed jaśniepanem biznesmenem zginał niedawno kark. Teraz ponoć: „śmieje się w twarz”. Jak płaciłeś, panie, nieprzyzwoicie mało, to czas, żeby obywatel wstał z kolan. Jak płaciłeś, to te 500 potraktuje jako dobry dodatek do pensji. I tylko tyle.

Niemal codziennie jestem obrażana. Przysługuje mi 500+, więc jestem głupia, pazerna, rozrzutna, itd. I co gorsza: też truskawek nie zbieram, a przecież powinnam. Tymczasem: po pracy (pełny wymiar) wolę czas oddać dzieciakom. Wiem, dziwaczne…

Do dziś dostawałam łomot należny tylko potencjalnie. Kasę przelali dopiero teraz. Nie muszę chyba dodawać, że zaraz kupiłam skrzynkę wódki, w której się teraz wykąpię.

Do dziś znałam osobiście jedną osobę, która dostała te pieniądze. Zresztą: leminga z Wilanowa, który wygłasza mądrości zbliżone do powyższego. Moim zdaniem: mógł się honorem unieść i wniosku nie składać… Ale co ja tam wiem.

Przed chwilą przyjaciółka z Wrocławia niemal mnie rzuciła (ja nie podam nazwiska, Wiolka), bo kasy nie dostała. Anka też nie, więc koniec wspólnego kawkowania (nie mówiąc już o upijaniu się do nieprzytomności). Zawiść ludzka nie zna granic…

Mnóstwo ludzi nie dostało.

Oficjalny komunikat ze strony dzielnicy Białołęka, gdzie mieszkam, w sprawie programu 500+ (pisownia oryginalna):

„ustalenie prawa do świadczenia wychowawczego oraz wypłata ww. świadczenia dla wniosków złożonych w okresie od 01.04.2016r. do 01.07.2016r. następuje w terminie 3 MIESIĘCY licząc od dnia złożenia wniosku z prawidłowo wypełnionymi dokumentami. Do urzędu do dnia 11.05.2016 wpłynęło już ok. 8650 wniosków. Urzędnicy wydali ok. 2500 decyzji, pieniądze otrzymało już ok. 900 rodzin. Do urzędu wpływa równiez wiele pytań dotyczących złozonych wniosków o 500+, m.in. czy wnioski dotarły, czy są poprawne, kiedy zostana wydane decyzje, kiedy nastąpi wypłata pieniędzy. W imieniu urzędników, którzy rozpatrują wnioski apelujemy o cierpliwość. Każde sprawdzanie, na jakim etapie jest kolejny wniosek sprawia, że odrywają się od swojej pracy, a mają jej wyjątkowo dużo.”

Tym się, kurde, Lemingi zajmijcie. Stańcie po stronie człowieka, który nie dość, że kasy nie dostał (tylko 10% dostało!!!), to jeszcze jest pouczany, żeby nie przeszkadzał urzędnikowi, nie pytał, bo tym bardziej nie dostanie.

A wiecie, jakie fortele urzędnicy wymyślają, żeby nie płacić? Jak wygląda papierkologia? Skomplikowana na każdym etapie. Ludzie się gubią…

Pokażcie realnie negatywne skutki programu.

Komu zabrali, żeby dać „patologii”?

Co z budżetem? Co się zawaliło?

Nic konkretnego? To pokornie milczcie i czekajcie na konkret, ale nie wtedy, gdy ekonomiści mówią o rozkręceniu gospodarki, bo czasem milczenie to już realnie kłamstwo.

I doceńcie, że wreszcie ktoś dba o swój elektorat. To też nie w Waszym stylu. Nigdy nie dotrzymaliście słowa, gdy mi coś obiecaliście. Kopaliście mnie w tyłek zaraz po wyborach, a teraz przez Was mieszkam w PiSlamie. A, jeszcze zdrajczynią jestem, bo nie umiem bezrefleksyjnie przemilczać Waszych błędów. Ciągle nowych starych błędów.

I jak tu się nie napić? Wielkie dzięki.

(6)(0)

Może nie na temat… Na Dzień Matki

Marku, też masz?
Marku, też masz?
Zasadniczo nie jestem chwalipiętą, ale kto przebije moje dzieci?
Rano przyniosły mi w prezencie książkę. Niby nic takiego, zwłaszcza, że sama ją kiedyś kupiłam i uwielbiam autorkę. Zmusiły, żeby do niej zajrzeć. W środku dedykacja od Nele Neuhaus, specjalnie z okazji Dnia Matki.
To był dopiero początek.
Dziewczyny podały śniadanie. SAME zrobiły śniadanie. Usmażyły naleśniki, przygotowały tosty i lody. Młodsza wyrecytowała wierszyk…
Są twórcze. Są zdolne. Są samodzielne.
Dlaczego? Moja zasługa? Nie, ja tylko im pozwalam. I farta mam.
Nie znam się na tradycyjnych metodach wychowawczych. Nie umiałam chłopa w domu utrzymać.Często po prostu nie wiem, co zrobić. Przyznaję się do tego. Czasem proszę o radę Córki, tak, nawet Młodszą, bo doświadczenie może zawieść, a świeże spojrzenie bywa bezcenne. Jakby powiedziała Lilo (a może Stich?): nasza rodzina jest mała i rozbita, ale dobra.
No, przebije ktoś?
(12)(1)

Z wiarą jest jak z penisem. Jeśli jesteś z niego dumny, Twoja sprawa. Ale jak zaczynasz go nosić na wierzchu – zaczyna się problem…

 tjchab

To jeden z komentarzy, który pojawił się dziś na www.tjch.pl. Może niezbyt grzeczne, ale niewątpliwie trafne, podobnie jak słowa tail: „jesteś chora, jeśli chcesz by dziecko cierpiało przez twojego zmyślonego przyjaciela..” Nic dziwnego, że na stronę wchodzą dziś tysiące (TAK, TYSIĄCE, jeśli wierzyć automatycznemu licznikowi, a ja jakoś nie umiem) osób. Nic dziwnego? Nieprawda. Nic nie rozumiem. Nie ogarniam. Niech ktoś mi to wyjaśni

Tjch prowadzę od niemal dwóch lat. Z umiarkowanym powodzeniem. Dla przyjaciół, znajomych i (ponoć) jednego nieznajomego Czytelnika z Podbeskidzia.

Uruchomiłam stronę trochę z nudów, trochę mitomańskiego przekonania, że mam coś do powiedzenia. Okazało się, że może i tak, chociaż niewiele osób chce słuchać. Znudziło mi się. Wpisy coraz rzadsze, bez pary, trochę siłą rozpędu.

Kilka dni temu home.pl przypomniał mi, że za domeny się płaci. Przyszło trochę korespondencji, ankiet, pytania o przyszłość. Decyzja wydawała się dość prosta. Niby parę groszy, ale trzeba to zamknąć w cholerę. I tak nie mam czasu. Nie mam też fanu. Może lepiej jakąś książkę napiszę… Za to przynajmniej płacili…

Dziś rano zdziwiłam się mocno, gdy Facebook mnie poinformował, że stronę polubiło kilka osób. Od tak dawna nic nie wrzucałam. A nawet gdybym: zwykle jest tak, że nowy tekst powoduje kilka porzuceń i kilka polubień i wynik stoi w okolicach ćwierć tysiąca. Teraz wyraźne przekroczenie… Niby nic, ale na tyle zaskakujące, że weszłam na stronę, a tam:

  • online było ponad 150 osób
  • od świtu parę tysięcy

Najpierw myślałam, że mam halucynacje. Potem spróbowałam sprawę rozkminić. Wreszcie zobaczyłam komentarze na stronie i wszystko stało się jasne. Prawie wszystko.

Dziesiątki nowych komentarzy dotyczą publikacji sprzed prawie dwóch lat, z lipca 2014. Zamieściłam wtedy na stronie zdjęcia „dzieci Chazana”, te, których nie chcieli pokazać w TVN-ie (ktoś jeszcze pamięta tamtą aferę).

Najwyraźniej ktoś to znalazł w archiwum, udostępnił na Fejsie i potem się posiało czy jak mawia młodzież: dobrze szerowało. Na ten moment ponad 2800 udostępnień. I rzecz nie w moim potencjalnie dobrym piórze czy coś, a drastycznych zdjęciach…

Dyskusja na stronie jest gorąca. Bardzo gorąca. Dominują obrońcy praw kobiet, chociaż pojawiają się i obrońcy praw „życia”, choćby Beni:

„Jeśli ktoś uważa, że w tej sytuacji dr Chazan zabawił się w Boga to się grubo myli. Bóg stworzył takiego człowieka i tylko Bóg ma prawo odebrać mu życie. Każde istnienie ma jakiś sens. Dla niedoinformowanych osób: dr Chazan właśnie chciał się zająć matka i tym dzieckiem na wszelkie sposoby i poinformował matkę o placówkach, w których po urodzeniu może uzyskać pomoc. Jestem przyszłą matką i nawet gdybym miała urodzić tak zdeformowane dziecko to i tak pozwoliłabym mu się narodzić. Takie dziecko tez można pokochać”. (pisownia org.)

Raczej nie spotykają się z powszechnym uznaniem, ale dyskusja w sumie kulturalna, poza paroma „głupolami”, hipokrytami”, „egoistami”… Zupełnie jak nie w Polsce.

Pytanie: dlaczego na moim blogu? Już ponad 150 komentarzy, wiele ocenianych kilkaset razy.

Naprawdę w Polsce już nie ma gdzie dyskutować?

Kochani, w takim razie SERDECZNIE ZAPRASZAM. Czujcie się jak u siebie, w domu świra. Wszyscy mile widziani. Żadnej cenzury.

Stronę zamknę, ale nie teraz w takim razie. Jakoś wygrzebię te parę groszy.

Teraz to nawet nie mogę, bo powiedzą, że za Platformy to grałam odważną, a teraz władzy jedynej słusznej się boję… No nie, nie boję się. I tak mam…

Bardzo Wam dziękuję. I jeszcze jedno: nie bronię obecnego „kompromisu” aborcyjnego. To nie kompromis. To już Ciemnogród.

 

(6)(0)

Znowu nie rozumiem! O co te protesty???

Przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life. Od 1994 roku, wbrew naciskom środowisk pro-life, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę... fot. dd
Wiesz, że przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life? Od 1994 roku, wbrew ich naciskom, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę… fot. dd

Od Lublina po Szczecin – wszędzie protesty. Polacy wyszli na ulice, by protestować przeciw zakazowi aborcji. Ludzie, dlaczego teraz? Przecież w Pomrocznej jest zakaz aborcji od lat. Przespaliście ten fakt czy co?

Polska to kraj, w którym pan Bogdan Chazan zmusił kobietę do urodzenia głęboko upośledzonego płodu i naraził tę istotę na umieranie w męczarniach. Jesteście pewni, że to jedyny taki przypadek w Ciemnogrodzie Przenajświętszym?

Śledziłam sprawę dość uważnie, na tjch.pl opublikowałam zresztą „dzieci Chazana” (przypominam niezorientowanym, ale ostrzegam: WYJĄTKOWO DRASTYCZNE), pamiętam szczegóły… Gdzie wtedy były feministki? Te najodważniejsze i zwykle głośne? Pewnie na wakacjach. Lipiec był…

Kilka razy ogarniało mnie zniechęcenie i kiełkowała wiara, że może Polacy chcą piekła kobiet. Choćby wtedy, gdy tak zaciekle broniony dziś Trybunał Konstytucyjny sankcjonował idiotyzmy z „klauzuli sumienia”. Stare pryki (bez uwłaczenia) pozwoliły innym starym prykom (lub cwaniakom moralnym tylko na NFZ, za kasę – proszę uprzejmie) tak skutecznie skomplikować życie kobiecie, by nie miała szans na legalną aborcję. Jeśli przy całym szacunku taki trybunał stał na straży praworządności w nowoczesnym państwie, to ja serdecznie dziękuję…

A zresztą komu ta legalna aborcja przysługuje? Kobietom tak bardzo skrzywdzonym przez los, że aż trudno uwierzyć. Nie kopie się leżącego? Akurat! Im też ją utrudniano, chociaż to nie jest miły zabieg, o którym się marzy, jak tylko się dało i wiele zmuszono do urodzenia chorych dzieci, dzieci z gwałtu, narażenia własnego zdrowia i życia.

Znacie organizację Women on Web? Umożliwia ona kobietom z zacofanych krajów legalną, bezpieczną aborcję. Bo cywilizowana aborcja nie polega na rozkawałkowywaniu dorodnych dzidziusiów, jak usiłują nam wmówić obrońcy życia. Po prostu bierze się odpowiednie tabletki i następuje samoistne poronienie, niczym nie różniące się od fizjologicznego. Z tego choćby powodu nie można wykryć czy kobieta „pomogła” naturze”.

Women of Web działają w ziemskich piekłach kobiet, np. w Afganistanie, Beninie, Iranie, Iraku, Mongolii, Nigerii, Pakistanie… I w Polsce. Jak myślicie: dlaczego? Bo mamy zajebisty KOMPROMIS? Powiedzcie o tym wszystkim ofiarom systemu.

Parę lat temu napisałam banalny tekst o antykoncepcji. Żaden akt odwagi, bohaterstwa. Ot, rzemieślnicza robota. „Fronda” okrzyknęła mnie „doktorem śmierci”. Serio, serio (więcej na ten temat). Co, jeśli za chwilę zrobi to sąd?

Za stara jestem, by problem dotyczył mnie osobiście. A moje córki? Przyjaciółki? Boimy się terrorystów i zamachów, a fanatyków w sukienkach (i bez) mamy pod nosem. I przy pierwszej okazji trzeba się z tym na serio rozprawić, a nie perfumować łajno.

Zabraliście kobietom prawo do samostanowienia dawno temu. Fakt, ten ostatni krok wydaje się drastyczny, ale tylko wydaje się. Zrobiono już dziesiątki równie oburzających.

Ludzie, przebudźcie Się, ale na serio. Nie dziękujcie losowi, gdy uda się utrzymać stan obecny. Bo nie ma za co dziękować.

 

(10)(0)