Nie przepiję 500+, bo nie ma kasy?

kasaKochane Lemingi, powiem Wam w tajemnicy: nie odzyskacie szybko władzy. Buta, arogancja, pogarda czy skłonność do manipulacji, nie pomagają odbudować społecznego zaufania. A Wy tym wszystkim kipicie. Niestety

Boję się PiS-u bardziej niż trądu, rzeżączki, cieków wodnych, Państwa Islamskiego czy ognia piekielnego. Wszystkie bowiem te zagrożenia są albo daleko, albo urojone. PiS jest realny. Naciera. A nawet jak nie naciera, to ludzi zabija paranoja, co ONI mogą zrobić.

Właśnie dlatego tak jestem wściekła na Elity Upadłe, że się nie podniosą. Nie wyciągają wniosków. Nie ma w nich odrobiny pokory czy choćby prostego sprytu.

Narracja niepisowskich mediów poraża głupotą. Jest tyle fajnych rzeczy do krytykowania, a wciąż uderza się w prostego człowieka (nie mylić, kurwa, z prostakiem).

Skutki 500+, poza oczywistym, czyli powszechnym alkoholizmem w kraju, gdzie dotychczas panowała powszechna abstynencja, według „elit”, to uważajcie:

  1. Ludzie kupują samochody
  2. Ludzie nie zbierają truskawek

Serio, serio, w XXI wieku, w Europie, auto za tysiaka czy nawet dwa, ewentualnie na raty, to taki luksus? Rzeczywiście powinno oburzać, że rodziny, które dorobiły się dwójki dzieci (co najmniej) chcą przemieszczać się samochodem? Jak dla mnie to super, że wreszcie będą mogły sobie na to pozwolić i lepiej ogarniać codzienność. Przy dzieciakach jest tyle obowiązków ekstra… Wstyd, że dopiero teraz, a nie za świetlanych czasów „zielonej wyspy”…

Truskawki? Inna zarąbista robota za tysiaka? Ponoć to skandal, że „biedota mówi: wolę sobie dzieciaka zrobić”, albo po prostu z gotowym na plac zabaw pójść. Osobiście popieram nieśmiało. E tam: śmiało! Od lat oburza mnie, gdy słyszę pańcię, która na tipsy i poprawę cycków gotowa jest wydać więcej niż na pracownika przez rok, że ludziom się robić nie chce. Fakt, ona się napoci przy samym pilnowaniu „tych leni”, ale to jakoś wzruszyć mnie nie chce…

Oczywiście, pracownika zatrudnionego na czarno, bo te podatki to kolejny koszmar bogatych. A wiecie, że nasze podatki są skandalicznie niskie w porównaniu do wielu cywilizowanych krajów? Lewiatan i reszta nie wie… Czuje natomiast porządny przedsiębiorca, że teraz ci bez dzieci zapłacą więcej. Niesprawiedliwe? Sprawiedliwie nie znaczy równo. Dziecko kosztuje. Dużo. A pracować będzie także na emerytury bezdzietnych…

Pracownik, który musi utrzymywać rodzinę, przed jaśniepanem biznesmenem zginał niedawno kark. Teraz ponoć: „śmieje się w twarz”. Jak płaciłeś, panie, nieprzyzwoicie mało, to czas, żeby obywatel wstał z kolan. Jak płaciłeś, to te 500 potraktuje jako dobry dodatek do pensji. I tylko tyle.

Niemal codziennie jestem obrażana. Przysługuje mi 500+, więc jestem głupia, pazerna, rozrzutna, itd. I co gorsza: też truskawek nie zbieram, a przecież powinnam. Tymczasem: po pracy (pełny wymiar) wolę czas oddać dzieciakom. Wiem, dziwaczne…

Do dziś dostawałam łomot należny tylko potencjalnie. Kasę przelali dopiero teraz. Nie muszę chyba dodawać, że zaraz kupiłam skrzynkę wódki, w której się teraz wykąpię.

Do dziś znałam osobiście jedną osobę, która dostała te pieniądze. Zresztą: leminga z Wilanowa, który wygłasza mądrości zbliżone do powyższego. Moim zdaniem: mógł się honorem unieść i wniosku nie składać… Ale co ja tam wiem.

Przed chwilą przyjaciółka z Wrocławia niemal mnie rzuciła (ja nie podam nazwiska, Wiolka), bo kasy nie dostała. Anka też nie, więc koniec wspólnego kawkowania (nie mówiąc już o upijaniu się do nieprzytomności). Zawiść ludzka nie zna granic…

Mnóstwo ludzi nie dostało.

Oficjalny komunikat ze strony dzielnicy Białołęka, gdzie mieszkam, w sprawie programu 500+ (pisownia oryginalna):

„ustalenie prawa do świadczenia wychowawczego oraz wypłata ww. świadczenia dla wniosków złożonych w okresie od 01.04.2016r. do 01.07.2016r. następuje w terminie 3 MIESIĘCY licząc od dnia złożenia wniosku z prawidłowo wypełnionymi dokumentami. Do urzędu do dnia 11.05.2016 wpłynęło już ok. 8650 wniosków. Urzędnicy wydali ok. 2500 decyzji, pieniądze otrzymało już ok. 900 rodzin. Do urzędu wpływa równiez wiele pytań dotyczących złozonych wniosków o 500+, m.in. czy wnioski dotarły, czy są poprawne, kiedy zostana wydane decyzje, kiedy nastąpi wypłata pieniędzy. W imieniu urzędników, którzy rozpatrują wnioski apelujemy o cierpliwość. Każde sprawdzanie, na jakim etapie jest kolejny wniosek sprawia, że odrywają się od swojej pracy, a mają jej wyjątkowo dużo.”

Tym się, kurde, Lemingi zajmijcie. Stańcie po stronie człowieka, który nie dość, że kasy nie dostał (tylko 10% dostało!!!), to jeszcze jest pouczany, żeby nie przeszkadzał urzędnikowi, nie pytał, bo tym bardziej nie dostanie.

A wiecie, jakie fortele urzędnicy wymyślają, żeby nie płacić? Jak wygląda papierkologia? Skomplikowana na każdym etapie. Ludzie się gubią…

Pokażcie realnie negatywne skutki programu.

Komu zabrali, żeby dać „patologii”?

Co z budżetem? Co się zawaliło?

Nic konkretnego? To pokornie milczcie i czekajcie na konkret, ale nie wtedy, gdy ekonomiści mówią o rozkręceniu gospodarki, bo czasem milczenie to już realnie kłamstwo.

I doceńcie, że wreszcie ktoś dba o swój elektorat. To też nie w Waszym stylu. Nigdy nie dotrzymaliście słowa, gdy mi coś obiecaliście. Kopaliście mnie w tyłek zaraz po wyborach, a teraz przez Was mieszkam w PiSlamie. A, jeszcze zdrajczynią jestem, bo nie umiem bezrefleksyjnie przemilczać Waszych błędów. Ciągle nowych starych błędów.

I jak tu się nie napić? Wielkie dzięki.

(5)(0)

Może nie na temat… Na Dzień Matki

Marku, też masz?
Marku, też masz?
Zasadniczo nie jestem chwalipiętą, ale kto przebije moje dzieci?
Rano przyniosły mi w prezencie książkę. Niby nic takiego, zwłaszcza, że sama ją kiedyś kupiłam i uwielbiam autorkę. Zmusiły, żeby do niej zajrzeć. W środku dedykacja od Nele Neuhaus, specjalnie z okazji Dnia Matki.
To był dopiero początek.
Dziewczyny podały śniadanie. SAME zrobiły śniadanie. Usmażyły naleśniki, przygotowały tosty i lody. Młodsza wyrecytowała wierszyk…
Są twórcze. Są zdolne. Są samodzielne.
Dlaczego? Moja zasługa? Nie, ja tylko im pozwalam. I farta mam.
Nie znam się na tradycyjnych metodach wychowawczych. Nie umiałam chłopa w domu utrzymać.Często po prostu nie wiem, co zrobić. Przyznaję się do tego. Czasem proszę o radę Córki, tak, nawet Młodszą, bo doświadczenie może zawieść, a świeże spojrzenie bywa bezcenne. Jakby powiedziała Lilo (a może Stich?): nasza rodzina jest mała i rozbita, ale dobra.
No, przebije ktoś?
(11)(1)

Z wiarą jest jak z penisem. Jeśli jesteś z niego dumny, Twoja sprawa. Ale jak zaczynasz go nosić na wierzchu – zaczyna się problem…

 tjchab

To jeden z komentarzy, który pojawił się dziś na www.tjch.pl. Może niezbyt grzeczne, ale niewątpliwie trafne, podobnie jak słowa tail: „jesteś chora, jeśli chcesz by dziecko cierpiało przez twojego zmyślonego przyjaciela..” Nic dziwnego, że na stronę wchodzą dziś tysiące (TAK, TYSIĄCE, jeśli wierzyć automatycznemu licznikowi, a ja jakoś nie umiem) osób. Nic dziwnego? Nieprawda. Nic nie rozumiem. Nie ogarniam. Niech ktoś mi to wyjaśni

Tjch prowadzę od niemal dwóch lat. Z umiarkowanym powodzeniem. Dla przyjaciół, znajomych i (ponoć) jednego nieznajomego Czytelnika z Podbeskidzia.

Uruchomiłam stronę trochę z nudów, trochę mitomańskiego przekonania, że mam coś do powiedzenia. Okazało się, że może i tak, chociaż niewiele osób chce słuchać. Znudziło mi się. Wpisy coraz rzadsze, bez pary, trochę siłą rozpędu.

Kilka dni temu home.pl przypomniał mi, że za domeny się płaci. Przyszło trochę korespondencji, ankiet, pytania o przyszłość. Decyzja wydawała się dość prosta. Niby parę groszy, ale trzeba to zamknąć w cholerę. I tak nie mam czasu. Nie mam też fanu. Może lepiej jakąś książkę napiszę… Za to przynajmniej płacili…

Dziś rano zdziwiłam się mocno, gdy Facebook mnie poinformował, że stronę polubiło kilka osób. Od tak dawna nic nie wrzucałam. A nawet gdybym: zwykle jest tak, że nowy tekst powoduje kilka porzuceń i kilka polubień i wynik stoi w okolicach ćwierć tysiąca. Teraz wyraźne przekroczenie… Niby nic, ale na tyle zaskakujące, że weszłam na stronę, a tam:

  • online było ponad 150 osób
  • od świtu parę tysięcy

Najpierw myślałam, że mam halucynacje. Potem spróbowałam sprawę rozkminić. Wreszcie zobaczyłam komentarze na stronie i wszystko stało się jasne. Prawie wszystko.

Dziesiątki nowych komentarzy dotyczą publikacji sprzed prawie dwóch lat, z lipca 2014. Zamieściłam wtedy na stronie zdjęcia „dzieci Chazana”, te, których nie chcieli pokazać w TVN-ie (ktoś jeszcze pamięta tamtą aferę).

Najwyraźniej ktoś to znalazł w archiwum, udostępnił na Fejsie i potem się posiało czy jak mawia młodzież: dobrze szerowało. Na ten moment ponad 2800 udostępnień. I rzecz nie w moim potencjalnie dobrym piórze czy coś, a drastycznych zdjęciach…

Dyskusja na stronie jest gorąca. Bardzo gorąca. Dominują obrońcy praw kobiet, chociaż pojawiają się i obrońcy praw „życia”, choćby Beni:

„Jeśli ktoś uważa, że w tej sytuacji dr Chazan zabawił się w Boga to się grubo myli. Bóg stworzył takiego człowieka i tylko Bóg ma prawo odebrać mu życie. Każde istnienie ma jakiś sens. Dla niedoinformowanych osób: dr Chazan właśnie chciał się zająć matka i tym dzieckiem na wszelkie sposoby i poinformował matkę o placówkach, w których po urodzeniu może uzyskać pomoc. Jestem przyszłą matką i nawet gdybym miała urodzić tak zdeformowane dziecko to i tak pozwoliłabym mu się narodzić. Takie dziecko tez można pokochać”. (pisownia org.)

Raczej nie spotykają się z powszechnym uznaniem, ale dyskusja w sumie kulturalna, poza paroma „głupolami”, hipokrytami”, „egoistami”… Zupełnie jak nie w Polsce.

Pytanie: dlaczego na moim blogu? Już ponad 150 komentarzy, wiele ocenianych kilkaset razy.

Naprawdę w Polsce już nie ma gdzie dyskutować?

Kochani, w takim razie SERDECZNIE ZAPRASZAM. Czujcie się jak u siebie, w domu świra. Wszyscy mile widziani. Żadnej cenzury.

Stronę zamknę, ale nie teraz w takim razie. Jakoś wygrzebię te parę groszy.

Teraz to nawet nie mogę, bo powiedzą, że za Platformy to grałam odważną, a teraz władzy jedynej słusznej się boję… No nie, nie boję się. I tak mam…

Bardzo Wam dziękuję. I jeszcze jedno: nie bronię obecnego „kompromisu” aborcyjnego. To nie kompromis. To już Ciemnogród.

 

(5)(0)

Znowu nie rozumiem! O co te protesty???

Przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life. Od 1994 roku, wbrew naciskom środowisk pro-life, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę... fot. dd
Wiesz, że przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life? Od 1994 roku, wbrew ich naciskom, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę… fot. dd

Od Lublina po Szczecin – wszędzie protesty. Polacy wyszli na ulice, by protestować przeciw zakazowi aborcji. Ludzie, dlaczego teraz? Przecież w Pomrocznej jest zakaz aborcji od lat. Przespaliście ten fakt czy co?

Polska to kraj, w którym pan Bogdan Chazan zmusił kobietę do urodzenia głęboko upośledzonego płodu i naraził tę istotę na umieranie w męczarniach. Jesteście pewni, że to jedyny taki przypadek w Ciemnogrodzie Przenajświętszym?

Śledziłam sprawę dość uważnie, na tjch.pl opublikowałam zresztą „dzieci Chazana” (przypominam niezorientowanym, ale ostrzegam: WYJĄTKOWO DRASTYCZNE), pamiętam szczegóły… Gdzie wtedy były feministki? Te najodważniejsze i zwykle głośne? Pewnie na wakacjach. Lipiec był…

Kilka razy ogarniało mnie zniechęcenie i kiełkowała wiara, że może Polacy chcą piekła kobiet. Choćby wtedy, gdy tak zaciekle broniony dziś Trybunał Konstytucyjny sankcjonował idiotyzmy z „klauzuli sumienia”. Stare pryki (bez uwłaczenia) pozwoliły innym starym prykom (lub cwaniakom moralnym tylko na NFZ, za kasę – proszę uprzejmie) tak skutecznie skomplikować życie kobiecie, by nie miała szans na legalną aborcję. Jeśli przy całym szacunku taki trybunał stał na straży praworządności w nowoczesnym państwie, to ja serdecznie dziękuję…

A zresztą komu ta legalna aborcja przysługuje? Kobietom tak bardzo skrzywdzonym przez los, że aż trudno uwierzyć. Nie kopie się leżącego? Akurat! Im też ją utrudniano, chociaż to nie jest miły zabieg, o którym się marzy, jak tylko się dało i wiele zmuszono do urodzenia chorych dzieci, dzieci z gwałtu, narażenia własnego zdrowia i życia.

Znacie organizację Women on Web? Umożliwia ona kobietom z zacofanych krajów legalną, bezpieczną aborcję. Bo cywilizowana aborcja nie polega na rozkawałkowywaniu dorodnych dzidziusiów, jak usiłują nam wmówić obrońcy życia. Po prostu bierze się odpowiednie tabletki i następuje samoistne poronienie, niczym nie różniące się od fizjologicznego. Z tego choćby powodu nie można wykryć czy kobieta „pomogła” naturze”.

Women of Web działają w ziemskich piekłach kobiet, np. w Afganistanie, Beninie, Iranie, Iraku, Mongolii, Nigerii, Pakistanie… I w Polsce. Jak myślicie: dlaczego? Bo mamy zajebisty KOMPROMIS? Powiedzcie o tym wszystkim ofiarom systemu.

Parę lat temu napisałam banalny tekst o antykoncepcji. Żaden akt odwagi, bohaterstwa. Ot, rzemieślnicza robota. „Fronda” okrzyknęła mnie „doktorem śmierci”. Serio, serio (więcej na ten temat). Co, jeśli za chwilę zrobi to sąd?

Za stara jestem, by problem dotyczył mnie osobiście. A moje córki? Przyjaciółki? Boimy się terrorystów i zamachów, a fanatyków w sukienkach (i bez) mamy pod nosem. I przy pierwszej okazji trzeba się z tym na serio rozprawić, a nie perfumować łajno.

Zabraliście kobietom prawo do samostanowienia dawno temu. Fakt, ten ostatni krok wydaje się drastyczny, ale tylko wydaje się. Zrobiono już dziesiątki równie oburzających.

Ludzie, przebudźcie Się, ale na serio. Nie dziękujcie losowi, gdy uda się utrzymać stan obecny. Bo nie ma za co dziękować.

 

(10)(0)

Nie przepiję 500+. Lekarz mi zabronił

 

Zmieniam klubowe barwy? Nic podobnego. Ale rozdarta to jestem... fot. dd
Zmieniam klubowe barwy? Nic podobnego. Ale rozdarta to jestem… fot. dd

Jeśli wierzyć głośnym feministkom, czyli jedynym słusznym kobietom, tylko wiarygodny konował powstrzyma margines i patologię przed zmarnowaniem trwonionych przez władzę pieniędzy. Patologię, dzieciorobów, czyli także mnie… Czuję, że poniższe nie przysporzy mi wielu przyjaciół, a niewykluczone, że paru pozbawi. Czy taka świadomość jednak kiedykolwiek powstrzymała mnie przed otwieraniem dzioba?

Dowiedziałam się z reżimowej telewizji, że w kwietniu władza nie tylko rozpocznie wypłaty z programu 500+, ale wypłaci zaległe świadczenia od stycznia, czyli mogę dostać 2000 zł. Prawie tyle, co zwrotu podatkowego raz do roku. Wiem, jak to skutecznie reperuje mi budżet. Tym razem: dwa razy tyle. Boże Miłosierny (taki zwrot retoryczny…), jak się NIE cieszyć?

Wiem, to nielojalne wobec „swoich”. Rzecz w tym, że ja już nie wiem, kto mój, natomiast wiem, dlaczego ludzie wybrali ICH.

Pierwszy raz na moich oczach dokonuje się cud. Władza dotrzymuje przedwyborczej obietnicy. Mnie wprawdzie ONI nic nie obiecali, bo na nich nie głosowałam i nie jestem ich elektoratem, a dadzą i owszem. Co dostałam od MOICH? Środkowy palec.

Powiecie, że państwo nie jest od tego, by takim jak ja coś dawać? Może i racja, a jednak to wstyd, że konkordat i Fundusz Kościelny to robota lewicy, utrzymana przez liberałów. Wstyd, że to za WASZYCH czasów obowiązywała restrykcyjna ustawa antyaborcyjna (jak, kurwa, „kompromis”???), in vitro wprowadzano wąskimi tylnymi drzwiami, krzyże wieszano w szkołach, nie wyprowadzono religii. Niby kto miał to zrobić? Rząd na kolanach. A najsmutniejsze jest to, że byliście dupowłazami i lizodupkami, a Kościół i tak was nie poparł. Traciliście szacunek i poparcie takich jak ja, nic nie zyskując w zamian.

Pamiętacie, jak Tusk pięknie obiecywał i zapraszał młodych do powrotu z zagranicy? Śmiechu warte. Po co mieli wracać do kraju zwanego Zieloną Wyspą, w którym wierzono, że gomułkowska polityka głupich oszczędności zapewni rozkwit i dobrobyt? Gomułka zapewnił rozwój gospodarczy? A jak się do tego miały ośmiorniczki dla was?

Wszyscy słyszeli, że w styczniu agencja Standard & Poor’s obniżyła Polsce rating. Niewielu dowiedziało się, że dla odmiany agencja Fitch utrzymała go na tym poziomie. A kto słyszał, że japońska agencja JCR w marcu nam rating PODNIOSŁA?Po raz pierwszy od 10 lat!?

Tak, sami przeczytajcie

Nie znam się na ekonomii, ale wiem, że Japończycy głupi nie są i o ekonomii mają pojęcie. I na pewno nigdy nie skompromitowali się tak, jak Amerykanie, którym polityka i partykularne interesy często mieszają w raportach… Szokujące jest to, że zdaniem Japończyków perspektywa dla Polski jest dobra między innymi dzięki… programowi Rodzina 500+! Dlaczego? Bo rozkręci gospodarkę, niekoniecznie wyłącznie przemysł spirytusowy. Brzmi logicznie? Niestety, tak.

Jeśli ten program zacznie się niemal sam finansować, to dopiero będzie obciach, co Mądrale? Nie ma się co łudzić: wtedy szybko do władzy nie wrócicie, bo większości niestety ekonomiczny oddech bliższy, niż mgliste poczucie wolności. Zwłaszcza, że filary „bezpartyjnego” KOD-u na kolana nie rzucają. Spady z upadłych partii, wyznawcy niepłacenia na dzieci (teraz nie trzeba: niech PiS płaci…) i paru styropianowców, którzy znowu chcą porwać tłumy, a przynajmniej poczuć się młodziej… Oczywiście dobrze, że ktoś wciąż upomina się o interesy ogółu i ma na to czas. Pełne brzuchy usypiają czujność, a wypłaty już od kwietnia. Ale nie miejcie złudzeń: dziś odwaga naprawdę jest znacznie tańsza i nie ma co wypinać piersi po medale.

Wsteczniactwo, czyli PiS? A wiecie, że wszelkie formalności związane z wypłatą świadczeń będzie można załatwić za pośrednictwem własnego banku, przez internet?  Nie brzmi źle, jak ktoś pamięta problemy z systemem ZUS, informatyzacją czegokolwiek lub kolejki po tysiaka na dziecko w opiece społecznej…

A propos opieki i „patologii”. Macie świadomość, że klasa średnia, czyli podobno ja, na tak zwane życie ma nieraz niewiele więcej? „Dobrze” zarabiam, więc nie mam dopłat do mieszkania, światła, zasiłków, etc. Nie należy się bezpłatna wyprawka, bony i cała reszta. A jak zapłacę rachunki, w tym ratę kredytu mieszkaniowego (można oczywiście też wynajmować: na to samo finansowo wychodzi), zostaje tyle, że 500 zł to naprawdę DUŻO pieniędzy. Nie pogardzę w każdym razie.

I nie wiem, co mam zrobić podczas kolejnych wyborów. Wybrać „prawdziwą wolność”, która budowała Świątynię Opatrzności, a dziś cynicznie wypomina kasę dla Rydzyka, czy „populistów”, którzy zdają się rozumieć, że dziecko kosztuje. Zostanę pewnie w domu, czytając „Ucieczkę od wolności”, która staje mi się coraz bliższa. Albo obejrzę sobie relację w ciupie, która ponoć jest mi teraz pisana, za poglądy…

Tak serio: to wiem, co zrobię i przynajmniej połowa z powyższego to nie moje poglądy, a raczej zasłyszane. Próbuję tylko powiedzieć, że :”świnie od koryta odsunięte” same sobie winne i jeśli nie zaczną wyciągać wniosków, to do niego już nie wrócą.

Strategia negowania wszystkiego i straszenia nie działa. ZOBACZYCIE TO W KOŃCU??? Polacy to naród gotowy do zrywów, kochający wolność i demokrację. Tak mu je jednak obrzydziliście, że trochę potrwa, nim podniesie tyłki z kanap. A że może być wtedy za późno? Wy Polaków o tym nie przekonacie.

 

(5)(0)

Kocham cię Po(czto)!

poczta
Stanowisko specjalne jest, ale nikt nie wie, że przeznaczone akurat dla niego. Bez sensu? Chyba nie, bo nikt szczególnie się nie dziwi. Przesyłki sądowe wróciły na pocztę. Pocztę Polską

Przesyłki sądowe wróciły na pocztę. Pocztę Polską. I oczywiście jest syf. Jeszcze większy. Wybitny to kraj. Niemożliwe staje się możliwe

Kocham cię poczto. Kocham i nienawidzę. Z jednej strony: nigdzie nie czuję się tak młodo, z drugiej: nigdzie nie mam tak silnego poczucia marnowania czasu.

Nowe blaty, wizaże, kolory, a PRL-em cuchnie, że aż miło. Kolejki większe niż do konowała pierwszego kontaktu. Nie ma sezonowości. Nie ma od tego ucieczki.

Nieważne: numerkowa czy nie. Zawsze zawalona, zawsze przynajmniej jedno okienko nieczynne, zawsze ktoś się uczy lub daje mi odczuć, że nienawidzi tej roboty.

Paradoksalna jak lata osiemdziesiąte. Stylowa niczym farbowana sukienka z pieluch tetrowych. Wzruszająca? Ni cholery!

Nienawidzę tego stania na zewnątrz. Coraz dłużej, bo jest nas coraz więcej. Przyrost naturalny jak w Chinach. Skoro „moja” poczta obsługuje olbrzymią część zdecydowanie przeludnionej Białołęki, to zmniejszono jej zaplecze. Powiększyli poczekalnię? Skąd! Podnajęli go na sklep spożywczy. I nie otworzyli nowych oddziałów. PO CO????

Fakt, parę osób udałoby się wepchnąć do środka, gdyby ci, co tam już są, trochę się postarali. Z drugiej strony: jak już jesteś szczęściarzem w środku, to masz polew z tych, co na zewnątrz. Jakaś radocha w życiu musi być. Szczególnie, jeśli byłeś w domu, a listonosz znowu zostawił awizo bez sprawdzania…

Nie przepadam za Pocztą Polską. Nie znoszę szczególnie Urzędu Pocztowego nr 139 w Warszawie. Chociaż, przyznaję, gdy 2012 roku interweniowałam w związku z fikcyjnym okienkiem dla niepełnosprawnych (w rzeczywistości stanowiło wystawę pudełek do czegoś tam),

screenmyślałam, że już mnie nie zaskoczą. I w naiwności swojej wierzyłam, że po bałaganie z przesyłkami w InPost (czytaj więcej na ten temat) gorzej nie będzie. W końcu relikt PRL-u ma doświadczenie, placówki…

E tam. Zaskakują za każdym razem.

Skoro klient duży, niemal strategiczny, czyli sądy, był niezadowolony z usług, to trzeba coś poprawić. Brzmi rozsądnie? Rozsądne nie jest. Wyznaczono specjalne okienko do odbioru przesyłek sądowych. Szybko? Wygodnie? Ni cholery! Kolejka jedna do wszystkich.

Zresztą: to bez znaczenia. Wszyscy dostają takie samo awizo, więc nie wiesz, póki nie odbierzesz przesyłki, że twoja jest akurat sądowa.

Bez znaczenia? Też nie!

Jeśli po odstaniu w ogonku trafisz do okienka innego niż to do odbioru przesyłek sądowych, to przesyłki nie odbierzesz! Musisz się bowiem podpisać na takim elektronicznym ustrojstwie, a to jest tylko w okienku do przesyłek sądowych, oczywiście. Więc: jedna pani cię wyszuka i odda tej sądowej. Ta przyjmuje wszystkich, bo kolejka jest wspólna. Więc czekasz, aż skończy obsługiwać kogo tam ma. Potem okazuje się, że nie zna się na ustrojstwie, więc prosi koleżankę. Dlaczego ustrojstwo jest jedno, skoro kolejka jednak jest wspólna, a informacja o możliwości odbioru przesyłek sądowych to fikcja? Bo to jest Poczta Polska, heloł!

Poczta Polska wciąż przygotowuje niespodzianki dla klientów, także niestrategicznych. Jedna pani przyszła odebrać list polecony za męża, z którym mieszka. Od pierwszego marca zmieniły się przepisy i takich przesyłek już odbierać za kogoś nie można. Chyba, że masz specjalne upoważnienie. Dla ciebie komplikacja (trzeba papiery wypełniać), ale dla poczty wygoda, bo jednak czasem ktoś za kogoś coś tam odbierze? Najwyraźniej nie. Poczta pobiera od ciebie ponad 20 zł za przyjęcie takiego pełnomocnictwa. Ależ się zdenerwowała ta pani, która już papiery wypełniała (dla męża, żeby on mógł za nią), bo o opłacie usłyszała na końcu. I jakoś tak jej się przypomniało, że dla odmiany listonosz (ten, co nie dzwoni i nie puka ani razu) to każdemu listy zostawia wszelkie… „Bo on ma inne uprawnienia” – wyjaśniła pani z okienka, realnie niczego nie wyjaśniając…

A ja się ucieszyłam, że kolejka, że syf, że nuda nam nie grozi. I że męża nie mam, i nikogo do niczego nie upoważniam, a przede wszystkim po staniu w gigantycznej kolejce jednak z listem odeszłam, a nie kwitkiem. Bo list mój z mojego ulubionego sądu, oczywiście.

Mówili, że w tych przesyłkach to rewolucja jest. Na poczcie też parę razy dyrektory i prezesy rewolucje obwieszczały. Rewolucja pożera własne dzieci, ponoć. Wizja, jak to mogłoby wyglądać, dopiero mnie ubawiła. Ech, ja to umiem się bawić!

(2)(2)

Wszyscy są na Tinderze! Serio?

tin
Gdyby tradycji miało stać się zadość, powinnam była się zapisać, zeskanować, a przynajmniej wkleić w miejsce tej ślicznotki. Ale w tym temacie jakoś, kurcze, nie mogę. Ona tu pasuje… Przy okazji: widzicie tę ilość ocen? Naprawdę, wszyscy tu są.  screen za: play.google.com

Byłam wczoraj na imprezie. Po raz pierwszy od lat. Takiej w klubie, z ludźmi. W większości młodszymi. Moja mama mawia, że starzeją się nam tylko ciała, dusza wciąż ta sama. Nieprawda. Nie nadążam. Wypadam z gry.

Dziś, gdy trafia się randka, a facet okazuje się nudny, nie mówię, że nie wyłączyłam żelazka i nie uciekam. Dopijam tę kawę w spokoju. No, chyba, że jest niesmaczna, a rzadko jest, bo wiem, co lubię i to zamawiam. Dobra kawa nie może się zmarnować.

Dziś nie mam problemu z odczytywaniem wyraźnych męskich sygnałów, że jest zainteresowanie. Dziś, niejednokrotnie, te „wyraźne sygnały” to w rzeczywistości wyłącznie moje pobożne życzenia. Losowi dziękować, że umiem się z siebie śmiać i ta wiedza mnie nie rozwala. Z czasem jednak zapewne stracę i to.

Przed laty pewien baron (prawdziwy) twierdził, że starzenie to proces kurczenia się świata. Najpierw interesuje nas Kosmos, potem ogarniamy już tylko własne podwórko, aż wreszcie ograniczamy się do osobistego układu pokarmowego i uważnie przyglądamy jedynie wypróżnieniom. Nawet wtedy czułam, jeszcze badaczka Wszechświata, że to trafne. Dziś wiem, że zdumiewająco bardzo.

Ciekawość wciąż jest i potrzeby niekoniecznie wyłącznie fizjologiczne. Słuchałam więc młodzieży z wielką uważnością. I świadomością, jak już bardzo odstaję.

Facebook? Tam to już siedzą tylko zgredy, które przeczłapały z naszej klasy. Życie jest na Insta (chociaż też już się kończy). Czyli obrazkowe. Wiadomości? Dobry news jest w formacie wideo. Czyli obrazkowy. Wyrywanie lasek? Na Tinderze. Czyli obrazkowe.

No nie, z Tinderem podobno jest trochę inaczej.

Na podstawie informacji zasłyszanych sądziłam, że Tinder to takie pogotowie erotyczne. Burdel bez oficjalnych stawek. Z precyzyjnym ustaleniem preferencji seksualnych, także ekstremalnych. Nie żebym coś miała przeciwko. To po prostu nie moja bajka, ja jestem z prowincji. Ze mną trzeba randkować i gadać (znaczy się: też).

Dla mnie doświadczeniem ekstremalnym już jest taka Sympatia. No jednak Allegro z żywym towarem. Trzeba wystawić się na sprzedaż i oświadczyć: znowu do wzięcia. Czytaj: nieudacznica/nieudacznik. Albo: do wzięcia w objęcia, ale nie do końca, bo żona mnie nie rozumie, wcale ze sobą nie śpimy, ale mamy kredyt we frankach (czyli wydłużona wersja: nieudacznik/nieudacznica).

I można się tak wystawić i nadal nie mieć brania. Żadnej nagrody za wstyd…

Tymczasem: jeśli:

  • masz robotę, a w robocie: młodszych kolegów, którzy mogliby zaczepkę zgłosić jako mobbing lub z zasady w pracy pracujesz, nikogo nie wyróżniasz,
  • dzieci, które trzeba odebrać ze świetlicy o jasno określonej porze,
  • nie szlajasz się po knajpach (koleżanki mężów pilnują, a sama nie pójdziesz) i rozumiesz, że w pewnym wieku mało kto jest do wzięcia, więc przypadkowe zaczepki w miejscu publicznym mijają się z celem,

to masz sympatię lub samotność (pojęcie: singielka to niejednokrotnie wyłącznie ładniejsza nazwa samotnej). Po sympatii też masz samotność, ale i marną satysfakcję: heloł – próbowałam.

A Tinder? Fuj! Tymczasem…

Na Tinderze nikt (hahaha) z obecnych, deklarujących, że tam są (właściwie wszyscy z wyjątkiem jednego chłopca, który woli zaczepiać dziewczyny na ulicy) NIE UMAWIA SIĘ NA RANDKI.

Są na Tinderze dla beki, z ciekawości, dla zabicia czasu w drodze do roboty i… dla rozmawiania. Bo na Tinderze się ROZMAWIA. Przepraszam: czatuje.

O dupie Maryny? Skąd! „Ostatnio jeden gość zapytał mnie czy jestem katoliczką. Ty wiesz, jaka się dyskusja wywiązała?” – oświadczyła ponętna brunetka.

Hmm, ludzie jak nie mają nic do powiedzenia, to rozmawiają o religii lub polityce – przypomniało mi się trafne, zasłyszane.

Z drugiej strony: ja domagam się gadania. Tinder jest dla mnie?

Ponoć większość deklaruje w trakcie tego gadania, bądź już w ankiecie, że chodzi o coś niezobowiązującego. Bałabym się bardziej deklarujących, że chcą do grobowej deski. Tak z nieznajomą???

Ten Tinder to jest jednak jakaś piekielna apka na androida czy coś, a ja uważam, że telefon służy do dzwonienia. No, nie nadążam!

Dziś nawet gazeta.pl przeciwko mnie: grzmią z głównej strony, że samotność sprzyja przedwczesnej śmierci (i nie chodzi o towarzyską).

Obrazkowe życie. Bez zobowiązań. Rozmazanego makijażu. Przyszłości. Prawdziwej akceptacji. Trzymania za ręce…

No wiem, że jestem durna, ale w głębi duszy wierzę, że wśród tych wszystkich zdeklarowanych cyników wielu jednak marzy o tym trzymaniu za rączki i ocieraniu łez. Dlaczego to ukrywają? Pokaleczeni, wystraszeni, coraz bardziej świadomi swoich słabości i słabości drugiego człowieka, który może tak łatwo boleśnie zaskoczyć… A potem cynik spotyka cyniczkę, bańka pęka, żyli długo i szczęśliwie… Może tylko rok, a nawet nie, ale lepszy dobry rok niż 10 byle jakich…

Ech, Eliza dorośnij

(4)(0)

Orki z Majorki i święta

gd
Piękni dwudziestoletni. Zdolni, że zapiera dech. Chylę czoła i milknę. Ale z bananem

Nie ma się co oszukiwać. „To jest chore” jest bez sensu. Takie czasy nadeszły, że teraz narzekanie jest nudne, mainstreamowe. Banał, aż boli. A ja nie chcę. Nie lubię tak. Najchętniej przeszłabym do „Mnie się podoba”! i znajdowała powody do radości. Problem jednak w tym, że mnie się nie podoba… Nie, no jest wyjątek. Mogiła pseudodowcipnych.

Wydawało mi się, że bywam zabawna. Sądziłam, że dostałam od losu coś, co moja naczelna Gertruda Sitek nazywała iskrą bożą. Myślałam, że mam coś do powiedzenia. A potem poznałam ich: grupę filmową Darwina.

Zapytacie zapewne, dlaczego dopiero teraz, skoro znają ich WSZYSCY. No, przynajmniej Orki z Majorki i sąd nad Hitlerem. Ludzie, nie wiem, gdzie byłam przez ostatnie lata.

Pamiętam, że martwiłam się o ludzkość. Wiem, że badałam sytuację w służbie zdrowia. Śledziłam sytuację polityczną. Głosowałam. Agitowałam. Angażowałam się życie rodzinne i publiczne. Komentowałam. Sugerowałam. Prowadziłam dom (jako tako). Zawierałam sojusze i rwałam więzi. Diagnozowałam (głównie się) i szukałam recepty (dla siebie). Bolałam nad światem. Wstawałam i czasem łomotałam (w drzwi łazienki) o świcie. Analizowałam (raczej: usiłowałam analizować). Myślałam, że nadążam. Myślałam, że coś tam wiem. Myślałam – to brzmi dumnie. Marnowałam czas.

W tym czasie miliony (jeśli wierzyć w You Tube, a w coś trzeba) śmiały się z Orki z Majorki i całej reszty Grupy Darwina. A ja trwałam w nieświadomości. Nie wiedziałam chociażby, że orka to taka panda, tylko, że w wodzie i ma płetwy… Absurdalne? Bez sensu? Absurdalne na pewno. Bez sensu na pewno nie.

Zdarzył się świąteczny cud i dzięki mojej córce w moim domu zagościł Bóg Rafał, Diabeł Sławek (przypadkowa zbieżność imion, helooł!) i projekt Piekło 2.0.

Może dzieci niedokarmione, kurze nieogarnięte, wódka nietknięta, ale: śmiech do łez gwarantowany za każdym razem, jak odpalę komputer. Nie oszalałam, że moja przyjaciółka Jowa też rechocze. Oglądamy, oglądamy, oglądamy: Bożesz, ileż oni tego naprodukowali! Chwała Wam, Pracowite Chłopaki.

A co mnie tak śmieszy? Zobaczcie sami. Za malutki mam rozumek, by objaśniać. Z godnością (może dlatego, że są lepsi od dopalaczy) godzę się z tym, że jestem cienka. Bardzo cienka (chociaż przytyłam: hahaha).

Przesadzam? No to zobaczcie, jeśli jeszcze nie widzieliście:

Orki z Majorki

Hitler

Jak zobaczycie to, zapewne odszukacie całe archiwum. Zostaniecie subskrybentami. Zostałam, bo diabeł Sławek groził, że jak nie, to cofnie czas, przyjdzie na mój pierwszy raz i będzie się nabijał… Serio, mógłby przyjść nawet z kolegami… Ech, lepiej tego nie ciągnąć. Wracam do podziwiania. A mnie się podoba! No, mówiłam!

(2)(0)

O co, kurwa, chodzi?

Wszystko po nowemu, czyli po staremu, czyli w oparach absurdu, kolaż dd
Wszystko po nowemu, czyli po staremu, czyli w oparach absurdu, kolaż dd

Generalnie rozumiem, że teraz, kurwa, wy. Ale po co? I dokąd to zmierza? Coraz mniej powodów do śmiechu, coraz więcej zalęknionych paranoików. Rzeczywiście: paranoików?

Jakiś czas temu pies mój Leon, fałszywy maltańczyk, z przyznanymi przez nas dobrowolnie prawami dziecka, pożarł pilota do telewizora. Telewizor z tych, co to bez pilota nie poleci. Albo ja z tych, co to własnego telewizora nie rozkminią. Dzięki temu sporo informacji mi umykało, bo w sieci można przecież nie kliknąć, jak tytuł brzydzi. Pięknie było. Do czasu.

Nowy pilot w końcu przyszedł (chociaż poczta nierychliwa), a znajomi zaczęli dostarczać takie newsy, że musiałam sama sprawdzić, czy nie bredzą (zapewne w poprzednim wcieleniu byłam niewiernym Tomaszem).

Mamy nową Polskę. Nową jakość. Nowe rozdanie. Nowy rząd. Nowy słuszny kierunek.

Po co? Pomijając naturalny marsz po władzę (który syty obywatel jest w stanie wybaczyć), z tego, co słyszałam, głównie po to, by Polakom żyło się dostatnio.

  • Żeby przestali być okradani.
  • Żeby ośmiorniczki i rolexy były dla każdego.
  • Żeby opłacało się mieć dzieci.
  • Żeby znikły śmieciówki.
  • Żeby chętni mieli pracę, a niechętni żyli godnie z pomocy społecznej i 500 zł na waciki, sorki – pieluchy (złoty to mocna waluta, gdy władza słuszna).

Takie z grubsza w każdym razie przyswoiłam obietnice wyborcze, które miały być proste do zrealizowania jak nigdy wcześniej.

Mamy wreszcie Obiecującego Prezydenta, Obiecujący Parlament, Obiecujący Rząd.

I co?

  • Na topie same nowe twarze: Macierewicz, Kamiński, Ziobro. Prawda. Prawo. Sprawiedliwość.
  • Kluczowe tematy: gimnazja, sześciolatki, pomniki.
  • Trybunał Konstytucyjny do piachu (za chwilę).
  • W ramach programu pierwsza praca: dwudziestolatek doradcą w MON.
  • Prezydent na kolanach przed ojcem (nie wiem dokładnie czyim) Rydzykiem.
  • Prezydent ułaskawia prawie świętych, chociaż wszyscy niby wiemy, że „prawie” robi różnicę.
  • Rzecznik rządu słusznego oświadcza, że Trybunał dla odmiany Konstytucyjny to się przyda. Na Tuska.
  • Krzyż wraca pod Pałac Prezydencki (ktoś pamięta, gdzie teraz jest? No, właśnie dlatego!).
  • Wznosi się smoleńska mgła, bo Pani Szydło zamyka rządową stronę o „kłamstwie smoleńskim”.
  • Słuszna kultura jest katolicka. Teatr to zło i poruta.
  • Minister kultury publicznie beszta dziennikarkę i wyjaśnia, czyja jest teraz telewizja. Po kompromitacji podaje się do dymisji? A skąd! To ona staje przed komisją.
  • Karolina Lewicka to najczęściej wyszukiwane hasło w Internecie. Pewnie tylko dlatego wciąż ma pracę. A kto ma pewność, że jak zleci trochę w tym zestawieniu, ludzie zapomną, to się jej nie spuści? Może okaże się alkoholiczką? Dewiantką? Albo po prostu: „nieprofesjonalna”?
  • Pani Premier Szydło urządziła konferencję. Nic takiego, gdyby nie fakt, że olała flagę UE.
  • Uchodźców już nie przyjmiemy, chyba, że na worki treningowe.

Itd. Itp. A to zaledwie kilka dni.

I jak to, do cholery, ma poprawić jakość życia Polaków? Co to w ogóle obchodzi przeciętnego obywatela? Na co mu to?

A przecież ważnych tematów (przez złośliwców zwanych zastępczymi), którymi się trzeba wkrótce zająć, jest znacznie więcej: religia na maturze, in vitro, badania prenatalne, aborcja, polowanie na czarownice, ograniczenie transplantacji (dla słusznych katolickich zwłok jedyne słuszne rozwiązanie to rozkład w glebie), zakaz handlu w niedziele, zakaz obchodzenia Halloween, zakaz pedałowania, zakaz życia bez ślubu, zakaz zakazywania zakazywania…

Nikt nawet nie udaje, że próbuje wkładać białe rękawiczki. Taran. Walec. Imponujące tempo. Oporu w zasadzie nie ma.

Ponoć 13 grudnia planowany jest marsz w obronie demokracji. Wybieram się. Wierzę, że po marszu wszyscy uczestnicy zmieszczą się w jednej kawiarni. Lewackie pomioty kiepskie w protestach… A kawy napić się fajnie. No, chyba, że przyjdą wygoleni chłopcy i spuszczą nam parę pał na dupę. Pał nie lubię. Zresztą, może przyjdą przedstawiciele władzy. Też z pałami.

Cuchnie jakoś latami trzydziestymi w Niemczech. Powszechne uśpienie musi w końcu przynieść jakiś efekt.

Pierwszy raz, serio, myślę o emigracji. Stać mnie jednak tylko na wewnętrzną.

Odwaga znowu przestaje być tania, przekonacie się.

A ja, w ramach protestu, idę na grzeszne andrzejki i będę lać grzeszny wosk. Ponoć to niezgodne z doktryną Kościoła… No, to przyłączcie się do mnie, bo za rok to już może być karalne… Chociaż, co ja mówię? W tym tempie zmian, w drzwi załomocą jeszcze w tym roku.

 

 

(21)(1)

Cisza wyborcza? Czniam na to. Wiem, kto wygra!

Kto Pamięta podobne słynne zdjęcie Agencji Gazeta? Bez skojarzeń proszę. Niezamierzone. Chyba, ze przez autorkę kolażu, 9-letnią Dorotkę Dolecką
Kto pamięta podobne słynne zdjęcie Agencji Gazeta? Bez skojarzeń proszę. Niezamierzone. Chyba, że przez autorkę kolażu, 9-letnią Dorotkę Dolecką

Powiem szczerze: trochę się bałam. Nie, żebym wierzyła jakoś mocno, że rząd centralny może mieć realny wpływ na moje życie. Z drugiej strony: ryba od głowy, głowa od władzy… Przykład idzie z góry. Mniejsza. Już się nie boję, bo wiem.

Zaczęło się od pani w spożywczaku. Przyznała, ze ma już dość tej paskudnej pogody i właściwie to planowała jutro zostać w piżamie cały dzień. Ale, ponieważ się boi, co to będzie po wyborach, ubierze się ciepło i pójdzie głosować.

Ludzie w laboratorium analitycznym na Strumykowej (czynne 7 dni w tygodniu!) niekoniecznie zdrowi wszyscy byli (kto bada krew czy mocz w sobotę, gdy jest zdrowy?), a też deklarowali. „Idę, bo się boję” – to hasło przewodnie sezonu.

Pracowity miałam poranek. Przed południem byłam jeszcze w mięsnym, warzywniaku i u fryzjera, a przy okazji u kosmetyczki najcudowniejszej na świecie, bo córka mówi, że z takim wąsikiem to wszystkich facetów odstraszam (nie ma go już!).

I wszędzie: blady strach. I wszyscy idą głosować.

No, to jakie będą wyniki? No, proste. Wyluzujcie.

Z drugiej strony: Białołęka to nie jest zaraz cała Polska. Tu wyniki nie odzwierciedlają krajowych i odwrotnie. Ale, z tego, co kojarzę, poza Białołęką też się ludziska boją łomotania do drzwi o świcie, polowania na czarownice, zaglądania pod kołdrę, narzucania, na kolana spychania…

Zachęcam: idźcie na wybory. Głosujcie, jak rozum nakazuje. Nie robię nikomu czarnego PR-u. Zwłaszcza, że w czarnym mi nie do twarzy. A można odnieść wrażenie, że jednak coś sugeruję? Znam prawo, rozczaruję Was, Przeciwnicy. Do głosowania zachęcać można (w przypadku wyborów parlamentarnych, gdzie sama frekwencja nie jest wynikiem, taka agitacja jest dozwolona, a nawet pochwalana).

Chociaż… Za komuny był popularny taki dowcip:

Idzie facet ulicą i wrzeszczy: „Rząd jest do dupy! Rząd jest do dupy„, etc. etc.

Podjechała suka, dostał parę pał i ciągną go na milicję.

„Ależ Panowie, rząd AMERYKAŃSKI” – tłumaczy się delikwent.

„Jasne, jasne – już my wiemy, który rząd jest do dupy” – odpowiadają milicjanci.

No, to Wy już wiecie, kogo trzeba się bać, a ja, gdzie się obudzę, jak nie posłuchacie.

(6)(0)