Gang świeżaków atakuje, czyli jak „moja” Biedronka rujnuje mi życie rodzinne

Nie chcę Waszej karty, mili państwo. Santaż nie pomaga w relacji
Nie chcę Waszej karty, mili państwo. Szantaż nie pomaga w relacji

Daliście się wkręcić w zbieranie świeżaków, takich paskudnych maskotek za bimbaliony? Ja w zasadzie nie, ale mam dziecko, więc teraz mam kłopot. Solidny

Jeszcze rano wierzyłam, że może nie, że Śliwka Sabina zamieszka z moją rodziną i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Niestety, okazuje się, że każda sieciówka musi mieć w końcu swoją własną aferę promocyjną. Ta biedronkowa brzydzi mnie wyjątkowo, bo wykorzystała dzieci i pozornie szczytny cel: promocję jedzenia warzyw i owoców.

Nie będę ukrywać: Biedronka nigdy nie była i nie będzie „moją”. Nie robię tam zakupów zasadniczo, chociaż dwa sklepy mam prawie pod nosem. Leming? Nowobogacka? Nic z tych rzeczy. Z jednej strony: zaganiana matka Polka, bez chwili wytchnienia. Z drugiej: osoba, której ciągle zdarza się kupować rzeczy niepotrzebne (a nie stać mnie na to) i wściekać, gdy czegoś naprawdę potrzebnego „akurat nie ma” (a to w Biedronce moja codzienność). Więc: robię zakupy przez internet. Precyzyjna lista. Bez targania, narzekania. Towar dobrej jakości, panowie mili. Płacę za transport, a i tak wydaję mniej niż w normalnym sklepie. Taki cud….

Ale do rzeczy.

Przez długi czas wierzyłam, że te całe biedronkowe świeżaki, znane mi z reklam, się nie przyjmą. No niezbyt urodziwe są i to jakiś absurd, żeby w Biedronce wydać w krótkim czasie prawie 2,500 zł (40 zł za jedną naklejkę, 60 naklejek za świeżaka). Niby potem przeczytałam, że jak się ma kartę lojalnościową, punkty liczone są podwójnie, a dodatkowe można też dostać np. za zakup owoców i warzyw, ale mimo wszystko… Kupa kasy. I wszystko za pluszaka wartego pewnie jakieś 15 zł w hurcie, a może nawet mniej…

Tymczasem moja córka dowiedziała się, że dzieci u niej w szkole chorują na świeżaka. I się zaraziła. Zapragnęła Śliwki Sabiny, niczym kania dżdżu. I zaczęliśmy zbierać.

Wszyscy.

Przyjaciele, rodzina, sąsiedzi, bezdzietni znajomi. Zgodnie z regulaminem.

Zrobiłam zapas kostek do zmywarki, proszku do prania czy innego odświeżacza do toalety, co najmniej na rok.

Ba, doceniłam sensowność promocji. Bo SIĘ PRZEKONAŁAM, że sporo rzeczy z biedry jest całkiem, całkiem: orzeszki w karmelu, kokos, jeden żel do mycia, miód, mleko, szynka… Pomyślałam, ze może nie na co dzień, ale od czasu do czasu mogę w Biedronce kupić to i owo…

A potem, tuż przed odbiorem świeżaków, zorientowałam się, że w pudle ze świeżakami są tylko pomidory (ponoć najbrzydsze, dzieci tak mówią: jak zauważają różnicę, nie ogarniam). To na ostatnie zakupy poszłam do tej drugiej Biedronki w okolicy, żeby od razu Sabinkę odebrać. Tam po świeżakach nie było już nawet smrodu.

Niezrażona: poprosiłam znajomych, by u siebie w okolicy sprawdzili sytuację. Białołęka w końcu dzieciaków pełna, więc pewnie sprawa wyjątkowa… Raporty z Żoliborza, Sadyby, Jastrzębia, Bielska, Grójca, etc, etc. – nie nastrajały optymistycznie. Gang Świeżaków wyparował.

Wczytałam się w regulamin. niby napisali, że w każdym sklepie nie musi być każdy świeżak dostępny. Ale ludzie, trochę rozumu trzeba mieć. Nie będę jeździć po kraju za Śliwką, nie? Może by tak jakiś punkt odbioru, bazę informacyjną, etc. Ponieważ na stronie www.biedronka.pl nie było żadnych ciekawych danych, napisałam 14 listopada na wskazany adres kontaktowy: „mojabiedronka” <mojabiedronka@biedronka.eu>, do wiadomości biura prasowego.

Odpowiedzieli szybko, przyznaję. Nawet w nich uwierzyłam.

Na trochę.

Najpierw napisali, żeby uzbroić się w cierpliwość i że odpowiedzą precyzyjnie ok. godz. 17.00

Ok. 17.00, że następnego dnia raczej, ale żeby podać telefon, to wyjaśnią wcześniej. Telefon dałam, nie wyjaśnili. Może dlatego, że jednak prosiłam o konkrety na piśmie.

Wreszcie przyszły:

Stanowisko Jeronimo Martins Polska S.A. ws. dostępności maskotek Gang Świeżaków

Szanowni Państwo,

akcja „Gang Świeżaków” od samego początku cieszy się olbrzymim zainteresowaniem naszych klientów. W efekcie, mimo zapewnienia dużego zapasu maskotek, może zdarzyć się tak, że w niektórych naszych sklepach wyczerpała się ich dostępna pula.

Niezależnie od tego, że w regulaminie zastrzegliśmy możliwość braku dostępności maskotek w danej placówce, jesteśmy jednocześnie świadomi niesłabnącej popularności naszej akcji i dalszego zainteresowania klientów wzięciem w niej udziału. Chcąc zapewnić wszystkim zainteresowanym możliwość skorzystania z akcji „Gang Świeżaków”, już zaplanowaliśmy dodatkowe dostawy pluszaków do naszych sklepów. Klientów, którym będzie przysługiwał odbiór maskotek, zapraszamy do kontaktu z pracownikami naszych sklepów w celu uzgodnienia odbioru wybranej maskotki, jak tylko będzie ona dostępna.

Dodatkowe informacje:
O szczegółach dotyczących zasad odbioru Świeżaków z dodatkowej puli będziemy informować naszych klientów bezpośrednio w sklepach lub za pośrednictwem strony internetowej www.biedronka.pl. Jednocześnie prosimy osoby zainteresowane odebraniem maskotki w ramach akcji „Gang Świeżaków” o zachowanie kart kolekcjonerskich.

Pozdrawiamy,

Biuro Prasowe Jeronimo Martins Polska S.A.”

Pointa wydawała się smutna, wbrew przewidywaniom.

W Biedronce na warszawskiej Białołęce poinformowano córkę, która tam zaraz pobiegła, że na listę oczekujących na Świeżaka, BEZ GWARANCJI otrzymania, mogą się zapisać tylko ci, co zarejestrują kartę MOJA BIEDRONKA. Małej wlepiono kartę do rejestracji i zapowiedziano, że dopiero potem możemy pogadać o teoretycznej możliwości…

Uznałam, że to niczym nieuzasadniony szantaż i wiele wskazuje na to, że słusznie (chociaż naprawdę trudno uwierzyć, że pracownicy dyskontu sami na to wpadli…). Kolejny mail z biura prasowego, z 18. listopada:

„Przytoczone w artykule informacje, tj. cyt. „na listę oczekujących na Świeżaka (…) mogą się zapisać tylko ci, co zarejestrują kartę Moja Biedronka” nie pokrywają się z faktami. Od początku akcji „Gang Świeżaków” posiadanie karty „Moja Biedronka na co dzień” było dobrowolne. Także teraz klienci zainteresowani skorzystaniem z akcji i odebraniem maskotki nie muszą posiadać wspomnianej karty. Zwracamy się o pilną korektę tego fragmentu tekstu.

Jednocześnie zachęcamy klientów, którym przysługuje odbiór maskotki, do zgłaszania takiej chęci za pomocą naszego Biura Obsługi Klienta pod numerem telefonu 22 20 53 400.”.

Sprawdziłam ten numer. Działa. W sensie: przyjęto ode mnie zgłoszenie. Trochę to potrwało (telefony się urywają), ale lepiej poczekać kwadrans na infolinii niż zasuwać do sklepu (padało). Nikt nie wymagał ani danych osobowych, ani numeru karty. Wręcz przeciwnie: zapewniła, że to nieporozumienie, bo do odbioru potrzebna jest tylko karta kolekcjonera z naklejkami. Grzecznie i precyzyjnie. Informację, że Sabina czeka w sklepie, dostanę sms-em.

No to czekamy 🙂

 

 

(5)(4)

Wypad, Dziewczyny, no jazda!

Możecie mi, Panowie (i Panie)... Sami rozumiecie
Możecie mi, Panowie (i Panie)… Sami rozumiecie

Czy będę strajkować w poniedziałek? Jasne, każdy powód, by się trochę poopierdalać, jest dobry. Już takie, my, kobiety, leniwe jesteśmy. Z natury

 

A gdy przyszło nam urodzić się dziewczyną
Skaleczoną, jak ta czajka, przez mężczyznę
Kupmy sobie dobre, stare, mocne wino
I śpiewajmy, nie zmieniając serca w bliznę.

Przepraszam, że żyję
Przepraszam, że tyję
Przepraszam, że piję…*

Przy całym szacunku, Pani Agnieszko Kochana, ale gówno prawda.

Nie piję, bo mi lekarz zabronił. Nie tyję, bo mam znakomitą przemianę materii. Żyję w Domu Wariatów. Niech mnie Dom przeprosi… Albo pocałuje w… Już nie przepraszam.

Ciągle ktoś mnie pyta, co o tym „wszystkim” myślę (dziwne, bo pytają o jedno), a ja myślę niewiele. Jak to baba, nie?

Ale nie da się ostatnio uciec od tematu czarnych. Czarni rządzą. Czwartek jest czarny. Słuszni są czarni. Czarne są myśli. Czerń jest słuszna. Czerń się nosi. I trzeba protestować w obronie. Czego, kurwa, ja się pytam? Czarnej Madonny, może?

Mam dwie córki. Mądre śliczne. Głównie moje. Tak się ułożyło. Przyszły na świat w Pomrocznej. Taka karma.

Serio, wierzyłam, że to nie ma większego znaczenia.

Obywatelki Europy.

Panie Swojego Losu.

Przyszłość Narodu.

Dojdą, gdzie zechcą…

Zaściankowe brudy Ciemnogrodu nie miały ich oblepić. Dosięgnąć. A jednak.

Rzecz w tym, że to się dzieje cały czas, a my o tym nie myślimy.

Od urodzenia karmię je patriotyzmem. Mówię, że fakt, Polska to dziwny kraj, ale najwspanialszy. Dla mnie. Mam jakąś tam skalę porównawczą, to wiem. Tu klimat za suchy, tam za mokro, siam: uciekli od wolności… Polska jest super, cool, odjazd, szał…

Dość tych bzdur. W Polsce nie uciekniesz od Ciemnogrodu. Od lat nikt nie próbuje.

03 października wszystkie Polki mają strajkować w obronie swoich praw. Wziąć przykład z kobiet islandzkich i wymusić zachowanie „kompromisu aborcyjnego”.

Przecież to głupie.

Polki się nie zjednoczą.

Nikt nie zauważy protestu garstki.

A jeśli nawet, to czego będziemy bronić? FIKCJI?

W Polsce brzuch obywatelki od dawna należy do proboszcza.

W Polsce od lat legalna aborcja jest niemal niewykonalna.

W Polsce każdego dnia łamie się prawa kobiet.

Niby jeszcze w ogóle jest opieka medyczna. Niby ginekolog nie jest reglamentowany. Niby jeszcze nie zamykają w więzieniu za in vitro, grzebanie wieszakiem, cudzołóstwo, grzeszne myśli… Niby to ma być powód do zadowolenia w XXI wieku?

I trudno mi powiedzieć czy pisowskie szaleństwo nie jest jakimś sposobem na przebudzenie. Mniej hipokryzji. Idą po bandzie, ale przynajmniej zgodnie ze swoimi przekonaniami.W każdym razie teoretycznie. To poglądy oficjalne dla „prostego ludu” i tego się trzymają. Bo gdyby tak ich córka, żona, matka… No, wiadomo.

A lewaki? Przypomnę nieśmiało, że to spaprane prawo, z którego dziś już realnie nic nie wynika (dla biedoty głównie, rzecz jasna, bogate zawsze jakoś sobie poradzą), to ich wielkie dzieło. Tego bronić? Toż to już zwycięstwo czarnych oszołomów.

Obrońcy praw kobiet walczą o utrzymanie ustawy, która wrzuca nas do jednego wora z najbardziej zacofanymi krajami na świecie. Do Piekieł Kobiet (więcej na ten temat: www.womenonweb.org )

Paranoja, co?

Moja starsza córka planuje wyjechać na studia z Polski. Młodsza jeszcze o tym nie myśli.

Mam nadzieję, że pomyśli.

Dziewczyny, zwiewajcie, nim zabiorą paszporty. Nie odwracajcie się. Nie myślcie, jak służyć ojczyźnie. Ona nie zasłużyła na Was.

Obywatelki, Rodaczki: Przebudźcie się! Czas na zmiany! Tak sobie żartuję 🙁

*Agnieszka Osiecka, „Przepraszam, że żyję”

(2)(0)

Nie przepiję 500+, bo nie ma kasy?

kasaKochane Lemingi, powiem Wam w tajemnicy: nie odzyskacie szybko władzy. Buta, arogancja, pogarda czy skłonność do manipulacji, nie pomagają odbudować społecznego zaufania. A Wy tym wszystkim kipicie. Niestety

Boję się PiS-u bardziej niż trądu, rzeżączki, cieków wodnych, Państwa Islamskiego czy ognia piekielnego. Wszystkie bowiem te zagrożenia są albo daleko, albo urojone. PiS jest realny. Naciera. A nawet jak nie naciera, to ludzi zabija paranoja, co ONI mogą zrobić.

Właśnie dlatego tak jestem wściekła na Elity Upadłe, że się nie podniosą. Nie wyciągają wniosków. Nie ma w nich odrobiny pokory czy choćby prostego sprytu.

Narracja niepisowskich mediów poraża głupotą. Jest tyle fajnych rzeczy do krytykowania, a wciąż uderza się w prostego człowieka (nie mylić, kurwa, z prostakiem).

Skutki 500+, poza oczywistym, czyli powszechnym alkoholizmem w kraju, gdzie dotychczas panowała powszechna abstynencja, według „elit”, to uważajcie:

  1. Ludzie kupują samochody
  2. Ludzie nie zbierają truskawek

Serio, serio, w XXI wieku, w Europie, auto za tysiaka czy nawet dwa, ewentualnie na raty, to taki luksus? Rzeczywiście powinno oburzać, że rodziny, które dorobiły się dwójki dzieci (co najmniej) chcą przemieszczać się samochodem? Jak dla mnie to super, że wreszcie będą mogły sobie na to pozwolić i lepiej ogarniać codzienność. Przy dzieciakach jest tyle obowiązków ekstra… Wstyd, że dopiero teraz, a nie za świetlanych czasów „zielonej wyspy”…

Truskawki? Inna zarąbista robota za tysiaka? Ponoć to skandal, że „biedota mówi: wolę sobie dzieciaka zrobić”, albo po prostu z gotowym na plac zabaw pójść. Osobiście popieram nieśmiało. E tam: śmiało! Od lat oburza mnie, gdy słyszę pańcię, która na tipsy i poprawę cycków gotowa jest wydać więcej niż na pracownika przez rok, że ludziom się robić nie chce. Fakt, ona się napoci przy samym pilnowaniu „tych leni”, ale to jakoś wzruszyć mnie nie chce…

Oczywiście, pracownika zatrudnionego na czarno, bo te podatki to kolejny koszmar bogatych. A wiecie, że nasze podatki są skandalicznie niskie w porównaniu do wielu cywilizowanych krajów? Lewiatan i reszta nie wie… Czuje natomiast porządny przedsiębiorca, że teraz ci bez dzieci zapłacą więcej. Niesprawiedliwe? Sprawiedliwie nie znaczy równo. Dziecko kosztuje. Dużo. A pracować będzie także na emerytury bezdzietnych…

Pracownik, który musi utrzymywać rodzinę, przed jaśniepanem biznesmenem zginał niedawno kark. Teraz ponoć: „śmieje się w twarz”. Jak płaciłeś, panie, nieprzyzwoicie mało, to czas, żeby obywatel wstał z kolan. Jak płaciłeś, to te 500 potraktuje jako dobry dodatek do pensji. I tylko tyle.

Niemal codziennie jestem obrażana. Przysługuje mi 500+, więc jestem głupia, pazerna, rozrzutna, itd. I co gorsza: też truskawek nie zbieram, a przecież powinnam. Tymczasem: po pracy (pełny wymiar) wolę czas oddać dzieciakom. Wiem, dziwaczne…

Do dziś dostawałam łomot należny tylko potencjalnie. Kasę przelali dopiero teraz. Nie muszę chyba dodawać, że zaraz kupiłam skrzynkę wódki, w której się teraz wykąpię.

Do dziś znałam osobiście jedną osobę, która dostała te pieniądze. Zresztą: leminga z Wilanowa, który wygłasza mądrości zbliżone do powyższego. Moim zdaniem: mógł się honorem unieść i wniosku nie składać… Ale co ja tam wiem.

Przed chwilą przyjaciółka z Wrocławia niemal mnie rzuciła (ja nie podam nazwiska, Wiolka), bo kasy nie dostała. Anka też nie, więc koniec wspólnego kawkowania (nie mówiąc już o upijaniu się do nieprzytomności). Zawiść ludzka nie zna granic…

Mnóstwo ludzi nie dostało.

Oficjalny komunikat ze strony dzielnicy Białołęka, gdzie mieszkam, w sprawie programu 500+ (pisownia oryginalna):

„ustalenie prawa do świadczenia wychowawczego oraz wypłata ww. świadczenia dla wniosków złożonych w okresie od 01.04.2016r. do 01.07.2016r. następuje w terminie 3 MIESIĘCY licząc od dnia złożenia wniosku z prawidłowo wypełnionymi dokumentami. Do urzędu do dnia 11.05.2016 wpłynęło już ok. 8650 wniosków. Urzędnicy wydali ok. 2500 decyzji, pieniądze otrzymało już ok. 900 rodzin. Do urzędu wpływa równiez wiele pytań dotyczących złozonych wniosków o 500+, m.in. czy wnioski dotarły, czy są poprawne, kiedy zostana wydane decyzje, kiedy nastąpi wypłata pieniędzy. W imieniu urzędników, którzy rozpatrują wnioski apelujemy o cierpliwość. Każde sprawdzanie, na jakim etapie jest kolejny wniosek sprawia, że odrywają się od swojej pracy, a mają jej wyjątkowo dużo.”

Tym się, kurde, Lemingi zajmijcie. Stańcie po stronie człowieka, który nie dość, że kasy nie dostał (tylko 10% dostało!!!), to jeszcze jest pouczany, żeby nie przeszkadzał urzędnikowi, nie pytał, bo tym bardziej nie dostanie.

A wiecie, jakie fortele urzędnicy wymyślają, żeby nie płacić? Jak wygląda papierkologia? Skomplikowana na każdym etapie. Ludzie się gubią…

Pokażcie realnie negatywne skutki programu.

Komu zabrali, żeby dać „patologii”?

Co z budżetem? Co się zawaliło?

Nic konkretnego? To pokornie milczcie i czekajcie na konkret, ale nie wtedy, gdy ekonomiści mówią o rozkręceniu gospodarki, bo czasem milczenie to już realnie kłamstwo.

I doceńcie, że wreszcie ktoś dba o swój elektorat. To też nie w Waszym stylu. Nigdy nie dotrzymaliście słowa, gdy mi coś obiecaliście. Kopaliście mnie w tyłek zaraz po wyborach, a teraz przez Was mieszkam w PiSlamie. A, jeszcze zdrajczynią jestem, bo nie umiem bezrefleksyjnie przemilczać Waszych błędów. Ciągle nowych starych błędów.

I jak tu się nie napić? Wielkie dzięki.

(5)(0)

Może nie na temat… Na Dzień Matki

Marku, też masz?
Marku, też masz?
Zasadniczo nie jestem chwalipiętą, ale kto przebije moje dzieci?
Rano przyniosły mi w prezencie książkę. Niby nic takiego, zwłaszcza, że sama ją kiedyś kupiłam i uwielbiam autorkę. Zmusiły, żeby do niej zajrzeć. W środku dedykacja od Nele Neuhaus, specjalnie z okazji Dnia Matki.
To był dopiero początek.
Dziewczyny podały śniadanie. SAME zrobiły śniadanie. Usmażyły naleśniki, przygotowały tosty i lody. Młodsza wyrecytowała wierszyk…
Są twórcze. Są zdolne. Są samodzielne.
Dlaczego? Moja zasługa? Nie, ja tylko im pozwalam. I farta mam.
Nie znam się na tradycyjnych metodach wychowawczych. Nie umiałam chłopa w domu utrzymać.Często po prostu nie wiem, co zrobić. Przyznaję się do tego. Czasem proszę o radę Córki, tak, nawet Młodszą, bo doświadczenie może zawieść, a świeże spojrzenie bywa bezcenne. Jakby powiedziała Lilo (a może Stich?): nasza rodzina jest mała i rozbita, ale dobra.
No, przebije ktoś?
(11)(1)

Z wiarą jest jak z penisem. Jeśli jesteś z niego dumny, Twoja sprawa. Ale jak zaczynasz go nosić na wierzchu – zaczyna się problem…

 tjchab

To jeden z komentarzy, który pojawił się dziś na www.tjch.pl. Może niezbyt grzeczne, ale niewątpliwie trafne, podobnie jak słowa tail: „jesteś chora, jeśli chcesz by dziecko cierpiało przez twojego zmyślonego przyjaciela..” Nic dziwnego, że na stronę wchodzą dziś tysiące (TAK, TYSIĄCE, jeśli wierzyć automatycznemu licznikowi, a ja jakoś nie umiem) osób. Nic dziwnego? Nieprawda. Nic nie rozumiem. Nie ogarniam. Niech ktoś mi to wyjaśni

Tjch prowadzę od niemal dwóch lat. Z umiarkowanym powodzeniem. Dla przyjaciół, znajomych i (ponoć) jednego nieznajomego Czytelnika z Podbeskidzia.

Uruchomiłam stronę trochę z nudów, trochę mitomańskiego przekonania, że mam coś do powiedzenia. Okazało się, że może i tak, chociaż niewiele osób chce słuchać. Znudziło mi się. Wpisy coraz rzadsze, bez pary, trochę siłą rozpędu.

Kilka dni temu home.pl przypomniał mi, że za domeny się płaci. Przyszło trochę korespondencji, ankiet, pytania o przyszłość. Decyzja wydawała się dość prosta. Niby parę groszy, ale trzeba to zamknąć w cholerę. I tak nie mam czasu. Nie mam też fanu. Może lepiej jakąś książkę napiszę… Za to przynajmniej płacili…

Dziś rano zdziwiłam się mocno, gdy Facebook mnie poinformował, że stronę polubiło kilka osób. Od tak dawna nic nie wrzucałam. A nawet gdybym: zwykle jest tak, że nowy tekst powoduje kilka porzuceń i kilka polubień i wynik stoi w okolicach ćwierć tysiąca. Teraz wyraźne przekroczenie… Niby nic, ale na tyle zaskakujące, że weszłam na stronę, a tam:

  • online było ponad 150 osób
  • od świtu parę tysięcy

Najpierw myślałam, że mam halucynacje. Potem spróbowałam sprawę rozkminić. Wreszcie zobaczyłam komentarze na stronie i wszystko stało się jasne. Prawie wszystko.

Dziesiątki nowych komentarzy dotyczą publikacji sprzed prawie dwóch lat, z lipca 2014. Zamieściłam wtedy na stronie zdjęcia „dzieci Chazana”, te, których nie chcieli pokazać w TVN-ie (ktoś jeszcze pamięta tamtą aferę).

Najwyraźniej ktoś to znalazł w archiwum, udostępnił na Fejsie i potem się posiało czy jak mawia młodzież: dobrze szerowało. Na ten moment ponad 2800 udostępnień. I rzecz nie w moim potencjalnie dobrym piórze czy coś, a drastycznych zdjęciach…

Dyskusja na stronie jest gorąca. Bardzo gorąca. Dominują obrońcy praw kobiet, chociaż pojawiają się i obrońcy praw „życia”, choćby Beni:

„Jeśli ktoś uważa, że w tej sytuacji dr Chazan zabawił się w Boga to się grubo myli. Bóg stworzył takiego człowieka i tylko Bóg ma prawo odebrać mu życie. Każde istnienie ma jakiś sens. Dla niedoinformowanych osób: dr Chazan właśnie chciał się zająć matka i tym dzieckiem na wszelkie sposoby i poinformował matkę o placówkach, w których po urodzeniu może uzyskać pomoc. Jestem przyszłą matką i nawet gdybym miała urodzić tak zdeformowane dziecko to i tak pozwoliłabym mu się narodzić. Takie dziecko tez można pokochać”. (pisownia org.)

Raczej nie spotykają się z powszechnym uznaniem, ale dyskusja w sumie kulturalna, poza paroma „głupolami”, hipokrytami”, „egoistami”… Zupełnie jak nie w Polsce.

Pytanie: dlaczego na moim blogu? Już ponad 150 komentarzy, wiele ocenianych kilkaset razy.

Naprawdę w Polsce już nie ma gdzie dyskutować?

Kochani, w takim razie SERDECZNIE ZAPRASZAM. Czujcie się jak u siebie, w domu świra. Wszyscy mile widziani. Żadnej cenzury.

Stronę zamknę, ale nie teraz w takim razie. Jakoś wygrzebię te parę groszy.

Teraz to nawet nie mogę, bo powiedzą, że za Platformy to grałam odważną, a teraz władzy jedynej słusznej się boję… No nie, nie boję się. I tak mam…

Bardzo Wam dziękuję. I jeszcze jedno: nie bronię obecnego „kompromisu” aborcyjnego. To nie kompromis. To już Ciemnogród.

 

(6)(0)

Znowu nie rozumiem! O co te protesty???

Przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life. Od 1994 roku, wbrew naciskom środowisk pro-life, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę... fot. dd
Wiesz, że przerwanie ciąży nie wiąże się automatycznie z depresją i podobnymi negatywnymi skutkami, jak głoszą środowiska pro-life? Od 1994 roku, wbrew ich naciskom, PAS nie jest już wymieniany w podręczniku klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Ale wieszakiem można sobie zrobić krzywdę… fot. dd

Od Lublina po Szczecin – wszędzie protesty. Polacy wyszli na ulice, by protestować przeciw zakazowi aborcji. Ludzie, dlaczego teraz? Przecież w Pomrocznej jest zakaz aborcji od lat. Przespaliście ten fakt czy co?

Polska to kraj, w którym pan Bogdan Chazan zmusił kobietę do urodzenia głęboko upośledzonego płodu i naraził tę istotę na umieranie w męczarniach. Jesteście pewni, że to jedyny taki przypadek w Ciemnogrodzie Przenajświętszym?

Śledziłam sprawę dość uważnie, na tjch.pl opublikowałam zresztą „dzieci Chazana” (przypominam niezorientowanym, ale ostrzegam: WYJĄTKOWO DRASTYCZNE), pamiętam szczegóły… Gdzie wtedy były feministki? Te najodważniejsze i zwykle głośne? Pewnie na wakacjach. Lipiec był…

Kilka razy ogarniało mnie zniechęcenie i kiełkowała wiara, że może Polacy chcą piekła kobiet. Choćby wtedy, gdy tak zaciekle broniony dziś Trybunał Konstytucyjny sankcjonował idiotyzmy z „klauzuli sumienia”. Stare pryki (bez uwłaczenia) pozwoliły innym starym prykom (lub cwaniakom moralnym tylko na NFZ, za kasę – proszę uprzejmie) tak skutecznie skomplikować życie kobiecie, by nie miała szans na legalną aborcję. Jeśli przy całym szacunku taki trybunał stał na straży praworządności w nowoczesnym państwie, to ja serdecznie dziękuję…

A zresztą komu ta legalna aborcja przysługuje? Kobietom tak bardzo skrzywdzonym przez los, że aż trudno uwierzyć. Nie kopie się leżącego? Akurat! Im też ją utrudniano, chociaż to nie jest miły zabieg, o którym się marzy, jak tylko się dało i wiele zmuszono do urodzenia chorych dzieci, dzieci z gwałtu, narażenia własnego zdrowia i życia.

Znacie organizację Women on Web? Umożliwia ona kobietom z zacofanych krajów legalną, bezpieczną aborcję. Bo cywilizowana aborcja nie polega na rozkawałkowywaniu dorodnych dzidziusiów, jak usiłują nam wmówić obrońcy życia. Po prostu bierze się odpowiednie tabletki i następuje samoistne poronienie, niczym nie różniące się od fizjologicznego. Z tego choćby powodu nie można wykryć czy kobieta „pomogła” naturze”.

Women of Web działają w ziemskich piekłach kobiet, np. w Afganistanie, Beninie, Iranie, Iraku, Mongolii, Nigerii, Pakistanie… I w Polsce. Jak myślicie: dlaczego? Bo mamy zajebisty KOMPROMIS? Powiedzcie o tym wszystkim ofiarom systemu.

Parę lat temu napisałam banalny tekst o antykoncepcji. Żaden akt odwagi, bohaterstwa. Ot, rzemieślnicza robota. „Fronda” okrzyknęła mnie „doktorem śmierci”. Serio, serio (więcej na ten temat). Co, jeśli za chwilę zrobi to sąd?

Za stara jestem, by problem dotyczył mnie osobiście. A moje córki? Przyjaciółki? Boimy się terrorystów i zamachów, a fanatyków w sukienkach (i bez) mamy pod nosem. I przy pierwszej okazji trzeba się z tym na serio rozprawić, a nie perfumować łajno.

Zabraliście kobietom prawo do samostanowienia dawno temu. Fakt, ten ostatni krok wydaje się drastyczny, ale tylko wydaje się. Zrobiono już dziesiątki równie oburzających.

Ludzie, przebudźcie Się, ale na serio. Nie dziękujcie losowi, gdy uda się utrzymać stan obecny. Bo nie ma za co dziękować.

 

(10)(0)

Nie przepiję 500+. Lekarz mi zabronił

 

Zmieniam klubowe barwy? Nic podobnego. Ale rozdarta to jestem... fot. dd
Zmieniam klubowe barwy? Nic podobnego. Ale rozdarta to jestem… fot. dd

Jeśli wierzyć głośnym feministkom, czyli jedynym słusznym kobietom, tylko wiarygodny konował powstrzyma margines i patologię przed zmarnowaniem trwonionych przez władzę pieniędzy. Patologię, dzieciorobów, czyli także mnie… Czuję, że poniższe nie przysporzy mi wielu przyjaciół, a niewykluczone, że paru pozbawi. Czy taka świadomość jednak kiedykolwiek powstrzymała mnie przed otwieraniem dzioba?

Dowiedziałam się z reżimowej telewizji, że w kwietniu władza nie tylko rozpocznie wypłaty z programu 500+, ale wypłaci zaległe świadczenia od stycznia, czyli mogę dostać 2000 zł. Prawie tyle, co zwrotu podatkowego raz do roku. Wiem, jak to skutecznie reperuje mi budżet. Tym razem: dwa razy tyle. Boże Miłosierny (taki zwrot retoryczny…), jak się NIE cieszyć?

Wiem, to nielojalne wobec „swoich”. Rzecz w tym, że ja już nie wiem, kto mój, natomiast wiem, dlaczego ludzie wybrali ICH.

Pierwszy raz na moich oczach dokonuje się cud. Władza dotrzymuje przedwyborczej obietnicy. Mnie wprawdzie ONI nic nie obiecali, bo na nich nie głosowałam i nie jestem ich elektoratem, a dadzą i owszem. Co dostałam od MOICH? Środkowy palec.

Powiecie, że państwo nie jest od tego, by takim jak ja coś dawać? Może i racja, a jednak to wstyd, że konkordat i Fundusz Kościelny to robota lewicy, utrzymana przez liberałów. Wstyd, że to za WASZYCH czasów obowiązywała restrykcyjna ustawa antyaborcyjna (jak, kurwa, „kompromis”???), in vitro wprowadzano wąskimi tylnymi drzwiami, krzyże wieszano w szkołach, nie wyprowadzono religii. Niby kto miał to zrobić? Rząd na kolanach. A najsmutniejsze jest to, że byliście dupowłazami i lizodupkami, a Kościół i tak was nie poparł. Traciliście szacunek i poparcie takich jak ja, nic nie zyskując w zamian.

Pamiętacie, jak Tusk pięknie obiecywał i zapraszał młodych do powrotu z zagranicy? Śmiechu warte. Po co mieli wracać do kraju zwanego Zieloną Wyspą, w którym wierzono, że gomułkowska polityka głupich oszczędności zapewni rozkwit i dobrobyt? Gomułka zapewnił rozwój gospodarczy? A jak się do tego miały ośmiorniczki dla was?

Wszyscy słyszeli, że w styczniu agencja Standard & Poor’s obniżyła Polsce rating. Niewielu dowiedziało się, że dla odmiany agencja Fitch utrzymała go na tym poziomie. A kto słyszał, że japońska agencja JCR w marcu nam rating PODNIOSŁA?Po raz pierwszy od 10 lat!?

Tak, sami przeczytajcie

Nie znam się na ekonomii, ale wiem, że Japończycy głupi nie są i o ekonomii mają pojęcie. I na pewno nigdy nie skompromitowali się tak, jak Amerykanie, którym polityka i partykularne interesy często mieszają w raportach… Szokujące jest to, że zdaniem Japończyków perspektywa dla Polski jest dobra między innymi dzięki… programowi Rodzina 500+! Dlaczego? Bo rozkręci gospodarkę, niekoniecznie wyłącznie przemysł spirytusowy. Brzmi logicznie? Niestety, tak.

Jeśli ten program zacznie się niemal sam finansować, to dopiero będzie obciach, co Mądrale? Nie ma się co łudzić: wtedy szybko do władzy nie wrócicie, bo większości niestety ekonomiczny oddech bliższy, niż mgliste poczucie wolności. Zwłaszcza, że filary „bezpartyjnego” KOD-u na kolana nie rzucają. Spady z upadłych partii, wyznawcy niepłacenia na dzieci (teraz nie trzeba: niech PiS płaci…) i paru styropianowców, którzy znowu chcą porwać tłumy, a przynajmniej poczuć się młodziej… Oczywiście dobrze, że ktoś wciąż upomina się o interesy ogółu i ma na to czas. Pełne brzuchy usypiają czujność, a wypłaty już od kwietnia. Ale nie miejcie złudzeń: dziś odwaga naprawdę jest znacznie tańsza i nie ma co wypinać piersi po medale.

Wsteczniactwo, czyli PiS? A wiecie, że wszelkie formalności związane z wypłatą świadczeń będzie można załatwić za pośrednictwem własnego banku, przez internet?  Nie brzmi źle, jak ktoś pamięta problemy z systemem ZUS, informatyzacją czegokolwiek lub kolejki po tysiaka na dziecko w opiece społecznej…

A propos opieki i „patologii”. Macie świadomość, że klasa średnia, czyli podobno ja, na tak zwane życie ma nieraz niewiele więcej? „Dobrze” zarabiam, więc nie mam dopłat do mieszkania, światła, zasiłków, etc. Nie należy się bezpłatna wyprawka, bony i cała reszta. A jak zapłacę rachunki, w tym ratę kredytu mieszkaniowego (można oczywiście też wynajmować: na to samo finansowo wychodzi), zostaje tyle, że 500 zł to naprawdę DUŻO pieniędzy. Nie pogardzę w każdym razie.

I nie wiem, co mam zrobić podczas kolejnych wyborów. Wybrać „prawdziwą wolność”, która budowała Świątynię Opatrzności, a dziś cynicznie wypomina kasę dla Rydzyka, czy „populistów”, którzy zdają się rozumieć, że dziecko kosztuje. Zostanę pewnie w domu, czytając „Ucieczkę od wolności”, która staje mi się coraz bliższa. Albo obejrzę sobie relację w ciupie, która ponoć jest mi teraz pisana, za poglądy…

Tak serio: to wiem, co zrobię i przynajmniej połowa z powyższego to nie moje poglądy, a raczej zasłyszane. Próbuję tylko powiedzieć, że :”świnie od koryta odsunięte” same sobie winne i jeśli nie zaczną wyciągać wniosków, to do niego już nie wrócą.

Strategia negowania wszystkiego i straszenia nie działa. ZOBACZYCIE TO W KOŃCU??? Polacy to naród gotowy do zrywów, kochający wolność i demokrację. Tak mu je jednak obrzydziliście, że trochę potrwa, nim podniesie tyłki z kanap. A że może być wtedy za późno? Wy Polaków o tym nie przekonacie.

 

(5)(0)

Kocham cię Po(czto)!

poczta
Stanowisko specjalne jest, ale nikt nie wie, że przeznaczone akurat dla niego. Bez sensu? Chyba nie, bo nikt szczególnie się nie dziwi. Przesyłki sądowe wróciły na pocztę. Pocztę Polską

Przesyłki sądowe wróciły na pocztę. Pocztę Polską. I oczywiście jest syf. Jeszcze większy. Wybitny to kraj. Niemożliwe staje się możliwe

Kocham cię poczto. Kocham i nienawidzę. Z jednej strony: nigdzie nie czuję się tak młodo, z drugiej: nigdzie nie mam tak silnego poczucia marnowania czasu.

Nowe blaty, wizaże, kolory, a PRL-em cuchnie, że aż miło. Kolejki większe niż do konowała pierwszego kontaktu. Nie ma sezonowości. Nie ma od tego ucieczki.

Nieważne: numerkowa czy nie. Zawsze zawalona, zawsze przynajmniej jedno okienko nieczynne, zawsze ktoś się uczy lub daje mi odczuć, że nienawidzi tej roboty.

Paradoksalna jak lata osiemdziesiąte. Stylowa niczym farbowana sukienka z pieluch tetrowych. Wzruszająca? Ni cholery!

Nienawidzę tego stania na zewnątrz. Coraz dłużej, bo jest nas coraz więcej. Przyrost naturalny jak w Chinach. Skoro „moja” poczta obsługuje olbrzymią część zdecydowanie przeludnionej Białołęki, to zmniejszono jej zaplecze. Powiększyli poczekalnię? Skąd! Podnajęli go na sklep spożywczy. I nie otworzyli nowych oddziałów. PO CO????

Fakt, parę osób udałoby się wepchnąć do środka, gdyby ci, co tam już są, trochę się postarali. Z drugiej strony: jak już jesteś szczęściarzem w środku, to masz polew z tych, co na zewnątrz. Jakaś radocha w życiu musi być. Szczególnie, jeśli byłeś w domu, a listonosz znowu zostawił awizo bez sprawdzania…

Nie przepadam za Pocztą Polską. Nie znoszę szczególnie Urzędu Pocztowego nr 139 w Warszawie. Chociaż, przyznaję, gdy 2012 roku interweniowałam w związku z fikcyjnym okienkiem dla niepełnosprawnych (w rzeczywistości stanowiło wystawę pudełek do czegoś tam),

screenmyślałam, że już mnie nie zaskoczą. I w naiwności swojej wierzyłam, że po bałaganie z przesyłkami w InPost (czytaj więcej na ten temat) gorzej nie będzie. W końcu relikt PRL-u ma doświadczenie, placówki…

E tam. Zaskakują za każdym razem.

Skoro klient duży, niemal strategiczny, czyli sądy, był niezadowolony z usług, to trzeba coś poprawić. Brzmi rozsądnie? Rozsądne nie jest. Wyznaczono specjalne okienko do odbioru przesyłek sądowych. Szybko? Wygodnie? Ni cholery! Kolejka jedna do wszystkich.

Zresztą: to bez znaczenia. Wszyscy dostają takie samo awizo, więc nie wiesz, póki nie odbierzesz przesyłki, że twoja jest akurat sądowa.

Bez znaczenia? Też nie!

Jeśli po odstaniu w ogonku trafisz do okienka innego niż to do odbioru przesyłek sądowych, to przesyłki nie odbierzesz! Musisz się bowiem podpisać na takim elektronicznym ustrojstwie, a to jest tylko w okienku do przesyłek sądowych, oczywiście. Więc: jedna pani cię wyszuka i odda tej sądowej. Ta przyjmuje wszystkich, bo kolejka jest wspólna. Więc czekasz, aż skończy obsługiwać kogo tam ma. Potem okazuje się, że nie zna się na ustrojstwie, więc prosi koleżankę. Dlaczego ustrojstwo jest jedno, skoro kolejka jednak jest wspólna, a informacja o możliwości odbioru przesyłek sądowych to fikcja? Bo to jest Poczta Polska, heloł!

Poczta Polska wciąż przygotowuje niespodzianki dla klientów, także niestrategicznych. Jedna pani przyszła odebrać list polecony za męża, z którym mieszka. Od pierwszego marca zmieniły się przepisy i takich przesyłek już odbierać za kogoś nie można. Chyba, że masz specjalne upoważnienie. Dla ciebie komplikacja (trzeba papiery wypełniać), ale dla poczty wygoda, bo jednak czasem ktoś za kogoś coś tam odbierze? Najwyraźniej nie. Poczta pobiera od ciebie ponad 20 zł za przyjęcie takiego pełnomocnictwa. Ależ się zdenerwowała ta pani, która już papiery wypełniała (dla męża, żeby on mógł za nią), bo o opłacie usłyszała na końcu. I jakoś tak jej się przypomniało, że dla odmiany listonosz (ten, co nie dzwoni i nie puka ani razu) to każdemu listy zostawia wszelkie… „Bo on ma inne uprawnienia” – wyjaśniła pani z okienka, realnie niczego nie wyjaśniając…

A ja się ucieszyłam, że kolejka, że syf, że nuda nam nie grozi. I że męża nie mam, i nikogo do niczego nie upoważniam, a przede wszystkim po staniu w gigantycznej kolejce jednak z listem odeszłam, a nie kwitkiem. Bo list mój z mojego ulubionego sądu, oczywiście.

Mówili, że w tych przesyłkach to rewolucja jest. Na poczcie też parę razy dyrektory i prezesy rewolucje obwieszczały. Rewolucja pożera własne dzieci, ponoć. Wizja, jak to mogłoby wyglądać, dopiero mnie ubawiła. Ech, ja to umiem się bawić!

(2)(2)

Wszyscy są na Tinderze! Serio?

tin
Gdyby tradycji miało stać się zadość, powinnam była się zapisać, zeskanować, a przynajmniej wkleić w miejsce tej ślicznotki. Ale w tym temacie jakoś, kurcze, nie mogę. Ona tu pasuje… Przy okazji: widzicie tę ilość ocen? Naprawdę, wszyscy tu są.  screen za: play.google.com

Byłam wczoraj na imprezie. Po raz pierwszy od lat. Takiej w klubie, z ludźmi. W większości młodszymi. Moja mama mawia, że starzeją się nam tylko ciała, dusza wciąż ta sama. Nieprawda. Nie nadążam. Wypadam z gry.

Dziś, gdy trafia się randka, a facet okazuje się nudny, nie mówię, że nie wyłączyłam żelazka i nie uciekam. Dopijam tę kawę w spokoju. No, chyba, że jest niesmaczna, a rzadko jest, bo wiem, co lubię i to zamawiam. Dobra kawa nie może się zmarnować.

Dziś nie mam problemu z odczytywaniem wyraźnych męskich sygnałów, że jest zainteresowanie. Dziś, niejednokrotnie, te „wyraźne sygnały” to w rzeczywistości wyłącznie moje pobożne życzenia. Losowi dziękować, że umiem się z siebie śmiać i ta wiedza mnie nie rozwala. Z czasem jednak zapewne stracę i to.

Przed laty pewien baron (prawdziwy) twierdził, że starzenie to proces kurczenia się świata. Najpierw interesuje nas Kosmos, potem ogarniamy już tylko własne podwórko, aż wreszcie ograniczamy się do osobistego układu pokarmowego i uważnie przyglądamy jedynie wypróżnieniom. Nawet wtedy czułam, jeszcze badaczka Wszechświata, że to trafne. Dziś wiem, że zdumiewająco bardzo.

Ciekawość wciąż jest i potrzeby niekoniecznie wyłącznie fizjologiczne. Słuchałam więc młodzieży z wielką uważnością. I świadomością, jak już bardzo odstaję.

Facebook? Tam to już siedzą tylko zgredy, które przeczłapały z naszej klasy. Życie jest na Insta (chociaż też już się kończy). Czyli obrazkowe. Wiadomości? Dobry news jest w formacie wideo. Czyli obrazkowy. Wyrywanie lasek? Na Tinderze. Czyli obrazkowe.

No nie, z Tinderem podobno jest trochę inaczej.

Na podstawie informacji zasłyszanych sądziłam, że Tinder to takie pogotowie erotyczne. Burdel bez oficjalnych stawek. Z precyzyjnym ustaleniem preferencji seksualnych, także ekstremalnych. Nie żebym coś miała przeciwko. To po prostu nie moja bajka, ja jestem z prowincji. Ze mną trzeba randkować i gadać (znaczy się: też).

Dla mnie doświadczeniem ekstremalnym już jest taka Sympatia. No jednak Allegro z żywym towarem. Trzeba wystawić się na sprzedaż i oświadczyć: znowu do wzięcia. Czytaj: nieudacznica/nieudacznik. Albo: do wzięcia w objęcia, ale nie do końca, bo żona mnie nie rozumie, wcale ze sobą nie śpimy, ale mamy kredyt we frankach (czyli wydłużona wersja: nieudacznik/nieudacznica).

I można się tak wystawić i nadal nie mieć brania. Żadnej nagrody za wstyd…

Tymczasem: jeśli:

  • masz robotę, a w robocie: młodszych kolegów, którzy mogliby zaczepkę zgłosić jako mobbing lub z zasady w pracy pracujesz, nikogo nie wyróżniasz,
  • dzieci, które trzeba odebrać ze świetlicy o jasno określonej porze,
  • nie szlajasz się po knajpach (koleżanki mężów pilnują, a sama nie pójdziesz) i rozumiesz, że w pewnym wieku mało kto jest do wzięcia, więc przypadkowe zaczepki w miejscu publicznym mijają się z celem,

to masz sympatię lub samotność (pojęcie: singielka to niejednokrotnie wyłącznie ładniejsza nazwa samotnej). Po sympatii też masz samotność, ale i marną satysfakcję: heloł – próbowałam.

A Tinder? Fuj! Tymczasem…

Na Tinderze nikt (hahaha) z obecnych, deklarujących, że tam są (właściwie wszyscy z wyjątkiem jednego chłopca, który woli zaczepiać dziewczyny na ulicy) NIE UMAWIA SIĘ NA RANDKI.

Są na Tinderze dla beki, z ciekawości, dla zabicia czasu w drodze do roboty i… dla rozmawiania. Bo na Tinderze się ROZMAWIA. Przepraszam: czatuje.

O dupie Maryny? Skąd! „Ostatnio jeden gość zapytał mnie czy jestem katoliczką. Ty wiesz, jaka się dyskusja wywiązała?” – oświadczyła ponętna brunetka.

Hmm, ludzie jak nie mają nic do powiedzenia, to rozmawiają o religii lub polityce – przypomniało mi się trafne, zasłyszane.

Z drugiej strony: ja domagam się gadania. Tinder jest dla mnie?

Ponoć większość deklaruje w trakcie tego gadania, bądź już w ankiecie, że chodzi o coś niezobowiązującego. Bałabym się bardziej deklarujących, że chcą do grobowej deski. Tak z nieznajomą???

Ten Tinder to jest jednak jakaś piekielna apka na androida czy coś, a ja uważam, że telefon służy do dzwonienia. No, nie nadążam!

Dziś nawet gazeta.pl przeciwko mnie: grzmią z głównej strony, że samotność sprzyja przedwczesnej śmierci (i nie chodzi o towarzyską).

Obrazkowe życie. Bez zobowiązań. Rozmazanego makijażu. Przyszłości. Prawdziwej akceptacji. Trzymania za ręce…

No wiem, że jestem durna, ale w głębi duszy wierzę, że wśród tych wszystkich zdeklarowanych cyników wielu jednak marzy o tym trzymaniu za rączki i ocieraniu łez. Dlaczego to ukrywają? Pokaleczeni, wystraszeni, coraz bardziej świadomi swoich słabości i słabości drugiego człowieka, który może tak łatwo boleśnie zaskoczyć… A potem cynik spotyka cyniczkę, bańka pęka, żyli długo i szczęśliwie… Może tylko rok, a nawet nie, ale lepszy dobry rok niż 10 byle jakich…

Ech, Eliza dorośnij

(4)(0)

Orki z Majorki i święta

gd
Piękni dwudziestoletni. Zdolni, że zapiera dech. Chylę czoła i milknę. Ale z bananem

Nie ma się co oszukiwać. „To jest chore” jest bez sensu. Takie czasy nadeszły, że teraz narzekanie jest nudne, mainstreamowe. Banał, aż boli. A ja nie chcę. Nie lubię tak. Najchętniej przeszłabym do „Mnie się podoba”! i znajdowała powody do radości. Problem jednak w tym, że mnie się nie podoba… Nie, no jest wyjątek. Mogiła pseudodowcipnych.

Wydawało mi się, że bywam zabawna. Sądziłam, że dostałam od losu coś, co moja naczelna Gertruda Sitek nazywała iskrą bożą. Myślałam, że mam coś do powiedzenia. A potem poznałam ich: grupę filmową Darwina.

Zapytacie zapewne, dlaczego dopiero teraz, skoro znają ich WSZYSCY. No, przynajmniej Orki z Majorki i sąd nad Hitlerem. Ludzie, nie wiem, gdzie byłam przez ostatnie lata.

Pamiętam, że martwiłam się o ludzkość. Wiem, że badałam sytuację w służbie zdrowia. Śledziłam sytuację polityczną. Głosowałam. Agitowałam. Angażowałam się życie rodzinne i publiczne. Komentowałam. Sugerowałam. Prowadziłam dom (jako tako). Zawierałam sojusze i rwałam więzi. Diagnozowałam (głównie się) i szukałam recepty (dla siebie). Bolałam nad światem. Wstawałam i czasem łomotałam (w drzwi łazienki) o świcie. Analizowałam (raczej: usiłowałam analizować). Myślałam, że nadążam. Myślałam, że coś tam wiem. Myślałam – to brzmi dumnie. Marnowałam czas.

W tym czasie miliony (jeśli wierzyć w You Tube, a w coś trzeba) śmiały się z Orki z Majorki i całej reszty Grupy Darwina. A ja trwałam w nieświadomości. Nie wiedziałam chociażby, że orka to taka panda, tylko, że w wodzie i ma płetwy… Absurdalne? Bez sensu? Absurdalne na pewno. Bez sensu na pewno nie.

Zdarzył się świąteczny cud i dzięki mojej córce w moim domu zagościł Bóg Rafał, Diabeł Sławek (przypadkowa zbieżność imion, helooł!) i projekt Piekło 2.0.

Może dzieci niedokarmione, kurze nieogarnięte, wódka nietknięta, ale: śmiech do łez gwarantowany za każdym razem, jak odpalę komputer. Nie oszalałam, że moja przyjaciółka Jowa też rechocze. Oglądamy, oglądamy, oglądamy: Bożesz, ileż oni tego naprodukowali! Chwała Wam, Pracowite Chłopaki.

A co mnie tak śmieszy? Zobaczcie sami. Za malutki mam rozumek, by objaśniać. Z godnością (może dlatego, że są lepsi od dopalaczy) godzę się z tym, że jestem cienka. Bardzo cienka (chociaż przytyłam: hahaha).

Przesadzam? No to zobaczcie, jeśli jeszcze nie widzieliście:

Orki z Majorki

Hitler

Jak zobaczycie to, zapewne odszukacie całe archiwum. Zostaniecie subskrybentami. Zostałam, bo diabeł Sławek groził, że jak nie, to cofnie czas, przyjdzie na mój pierwszy raz i będzie się nabijał… Serio, mógłby przyjść nawet z kolegami… Ech, lepiej tego nie ciągnąć. Wracam do podziwiania. A mnie się podoba! No, mówiłam!

(2)(0)